Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »
Redakcja poleca:


Albumy koncertowe 1-5

7 Września 2010

Albumy koncertowe zawsze są bardzo mile widziane w mojej płytotece. Często zapoznaję się z twórczością danego zespołu słuchając właśnie koncertówek. Lubię surowe brzmienie i odgłosy publiczności gdzieś w tle muzycznego spektaklu. Wtedy udziela mi się energia. Niektóre z tych płyt potrafią mnie na tyle porwać , że zamykam oczy i jestem gdzieś tam... w tłumie. Zawsze przy okazji tego typu list pojawia się jakaś hierarchia, nadawanie liczb itp. Mnie zupełnie nie bawią takie konstrukcje. Chciałbym natomiast przedstawić Wam moje ulubione koncertowe płyty. Większość z nich została już dobrze opisana w muzycznej prasie, o innych może kiedyś gdzieś wspomniano.


Tutaj macie moją, bardzo osobistą listę płyt, przy których jak dziecko skaczę i tarzam się po ziemi. Nie wiem dokładnie ile albumów znajdzie się na tej liście. Nie zakładam z góry żadnej konkretnej listy. Może będzie ich 30 a może 100 - czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? Całość zostanie opublikowana w częściach, z których każda będzie zawierać opisy 4-5 płytek.

Zapraszam do lektury i komentowania, bo chętnie dowiem się, jakie macie zdanie o zaproponowanych przeze mnie albumach i jakie są Wasze propozycje.

AC/DC - If You Want Blood, You've Got It (1978)

Nagrany w 1978 roku album mógłby stać się świetną alternatywą dla kuracji żeń-szeniem. Jeżeli Was nie poruszy to tabletki też nie dadzą rady. Pierwszy utwór - Riff Raff jest dobrą zapowiedzią tego, co będzie dalej! Chłopaki konsekwentnie i szaleńczo pędzą do przodu. Są tu wspaniałe szybkie riffy, Bon Scott jest w świetnej formie, Angus Young wyżywa się na gitarze, słychać zachwyconą publiczność - czad! Co prawda nie jest to zapis jednego koncertu ale całość została tak dobrze poskładana, że po włączeniu płyty fakt ten znaczenia nie ma żadnego. Chociaż największe hity AC/DC miały dopiero wypłynąć w następnych latach materiał, jaki znalazł się na tym krążku został tak rewelacyjnie odegrany, że żadna późniejsza płyta koncertowa AC/DC nie może się z nim równać. Bad boy boogie sprawi, że nie ustaniecie w miejscu, podczas The jack zapewne usłyszycie swój własny głos skandujący wraz z publicznością dosyć niewybredny refren a Whole lotta Rosie każe Wam odkryć, że sufit jest...za nisko! Jeśli starczy Wam sił kangurki mają dla Was jeszcze 4 killery. Tylko uważajcie, bo jak sugeruje tylna część okładki takie zabawy czasami kończą się źle!

Ozzy Osbourne - Tribute (1987)

19 marca 1982 roku w wypadku lotniczym zginął Randy Rhoads - osoba, która pomogła byłemu wokaliście Black Sabbath pozbierać się po przymusowym opuszczeniu zespołu. Korzyści spotkania Randy'ego z wielkim Ozzem były obustronne, gdyż dzięki Osbourne-owi geniusz młodziutkiego gitarzysty został objawiony światu, sam mistrz natomiast znów stanął na nogi by wbrew proroctwom powalić świat na kolana. Dziś już nie ulega wątpliwości, że Rhoads nie był zwykłym gitarzystą, lecz muzycznym geniuszem, który opanowawszy do perfekcji grę na gitarze, śmiało wprowadzał do swoich kompozycji elementy muzyki klasycznej, przez co prosty hard rock nabierał szlachetności. Moim zdaniem robił to z większym polotem niż Blackmore czy Malmsteen. Tribute to koncertowy zbiór nagrań, a zarazem swoisty hołd złożony jednemu z najwspanialszych gitarzystów świata, który niestety przedwcześnie go opuścił. Stratę spowodowaną tragicznym wypadkiem na pewno zrozumie każdy, kto się z nim zapozna. Płyta zawiera wszystkie kompozycje z pierwszego studyjnego albumu Ozza (Blizzard Of Ozz). Z drugiego albumu (Diary Of Madman) znalazły się tutaj jedynie dwa utwory - Flying high Away i Beliver. Dopełnieniem całego setu są stare szlagiery Black Sabbath - nieśmiertelne Paranoid, Iron man oraz Children of the grave. Wykonanie całego repertuaru jest wręcz perfekcyjne. Utwory brzmią znacznie drapieżniej niż na studyjnych krążkach. Poza tym brzmienie jest surowe i dynamiczne. Słychać, że nikt przy nim zbytnio nie majstrował. Oczywiście najbardziej zachwyca szybka gra Randy'ego przyozdobiona pięknymi solówkami ( wspaniały popis w Suicide solution!). Słuchając tego ma się wrażenie obcowania z magią! Kiedyś ktoś napisał: "Tribute to esencja rocka..." Ja się podpisuję!

Thin Lizzy - Life Live (1983)

Właściwie powinien tu się znaleźć inny koncertowy album Thin Lizzy - Live & Dangerous z 1978 roku. Problem jednak w tym, że, choć uchodzi za koncertowe arcydzieło i jest wręcz wspaniałą płytą, to trudno nazwać ją koncertówką w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie od dziś wiadomo, że duża część materiału została dograna w studio. Dlatego na początek zdecydowałem się umieścić na swojej liście drugi oficjalny album koncertowy z 1983 roku, który często gości w moim odtwarzaczu. Jest to też ostatnia płyta tego wielkiego zespołu. Po nagraniu dwóch bardzo udanych i nieco mocniejszych od reszty albumów (Renegade i Thunder And Lightning) nieodżałowany lider - Phil Lynott - był w bardzo kiepskiej kondycji. Niezdrowy tryb życia odbił się na jego zdrowiu. Trzy lata po wydaniu tego podwójnego albumu Phil zmarł na zapalenie płuc oraz niewydolność serca. Wróćmy jednak do krążka. Dwie płyty kompaktowe, 19 utworów a wśród nich nieśmiertelne Boys are back in town, Emerald czy Black rose. Duża część materiału to utwory z ostatnich albumów, które wypadają lepiej niż w studyjnych wersjach. Szczególnie zyskuje Renegade i Holy war. Fantastycznie wręcz zagrali Angel of death! Na drugim krążku może zachwycić delikatny Sun goes down a Still in love with you wciąż porywa. Można narzekać, że Phil jest w gorszej formie, że album mógłby brzmieć lepiej, że znowu na oficjalnej koncertówce nie ma Whisky in the jar...ale to wciąż Thin Lizzy, wciąż drapieżny, wciąż jeden z najlepszych koncertowych zespołów świata i to także można usłyszeć!

Ziggy Stardust - The Motion Picture (1973)

Postawię sprawę jasno - płyta The Rise And Fall of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars nigdy mnie specjalnie nie wciągnęła. Owszem, czasami lubiłem zapuścić, ale nie zdarzało się to zbyt często zaś odkąd na mojej półce stanął omawiany teraz album, studyjnej płyty nie słucham już wcale. Dwupłytowe wydawnictwo, o którym mowa to zapis ostatniego koncertu z trasy promującej Ziggiego Sturdusta. Trzeciego lipca 1973 roku w Hammersmith Odeon w Londynie ekipa Bowiego dała naprawdę niezapomniany show. Choć w głosie lidera można usłyszeć zmęczenie (zobaczcie na rozpiskę ile koncertów wówczas zagrali!) to naprawdę dali czadu. Wszystkie utwory brzmią ciężej i dynamiczniej niż ich studyjne odpowiedniki. Ziggy Sturdust to już prawdziwy hard rock. Moonage daydream zabrzmiał wręcz powalająco. Wspaniała jest końcówka pierwszego krążka - wyborna wersja Space oddity i poprzedzone wypowiedzią Davida, melancholijne My death, to chyba najlepsze momenty całego przedstawienia. Ale jest tu jeszcze wiele świetnych numerów, które do dzisiaj znajdują się w koncertowym secie artysty - np. Changes, All the young dudes czy White light/ white heat.

Trudno uwierzyć, że ten fantastyczny album po raz pierwszy ukazał się w 1983 roku - a więc 10 lat po koncercie! Obecna edycja została zmiksowana na nowo przez Tonego Visconti. Książeczka oprócz programu koncertowego całej trasy zawiera również mini plakat, na, którym Bowie, a właściwie Ziggy Strudust ulega spaleniu od papierosa. Ten symboliczny koniec Ziggiego jak się miało okazać, stał się końcem definitywnym. Podczas koncertu Bowie powiedział bowiem takie zdanie - to jest ostatni show jaki kiedykolwiek daliśmy. Słowa dotrzymał, bo już nigdy nie wcielił się w postać Ziggiego ale większość utworów z tamtego okresu wciąż wykonuje na scenie.

The Who - Live At Leeds (1970)

The Who to jeden z najbardziej niedocenionych w Polsce zespołów a przecież ich popularność przyrównywano często do gigantycznych The Beatles! Do czasu wydania Live At Leeds The Who postrzegane było jako zespół, który swoją karierę zawdzięczał raczej skandalom i demolkom niż samej muzyce. Nawet wydana rok wcześniej rock-opera Tommy nie zmieniła tak szybko sytuacji, gdyż wielu żyło w przekonaniu, że nagrał ją zespół Tommy. Odnosiło się to zwłaszcza do USA i być może był to jeden z powodów, dla których Pete Townshand kazał ostentacyjnie spalić taśmy nagrane podczas koncertów w Stanach i zażądał, by na albumie koncertowym znalazły się jedynie nagrania zarejestrowane podczas występów w Wielkiej Brytanii. Live At Leeds od razu atakuje słuchacza - Heaven and hell to jednak tylko początek. The Who to prawdziwy dynamit, który wybucha nieprzerwanie przez ponad 70 minut! Momentami pędzą jak czołg niszcząc wszystko, co stanie na drodze by nagle zwolnić i z zadziwiającym wyczuciem improwizować. Sekcja rytmiczna Entwistle/Moon zachwyci chyba każdego, zresztą często wskazuje się właśnie na ten element zespołu jako jego najmocniejszą stronę. Kiedy dołącza się Townshand ze swoja gitarą są taranem. Trzeba oddać też hołd Daltreyowi - nie oszczędzał się i jego wokal wspaniale uzupełnia instrumentalne popisy kolegów. Wszystkie utwory zagrali z niebywałą energią. Mnie najbardziej zachwyca A quick one while he's away z częstymi zmianami tempa i swoistą zabawą muzyków - tu chyba najbardziej słychać radość z grania. Podobnie jest przy Shakin all over, nie umniejszając przedłużonej do blisko 15 minut czadowej wersji My generation, w którą wpleciono fragmenty rock-opery Tommy. Oryginalna wersja albumu zawierała tylko 6 utworów. Na obecnym kompaktowym wydaniu jest ich aż 14. Jest czego posłuchać!

Tommy

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

The Tea Party - kanadyjska fuzja brzmienia (felieton)The Tea Party - kanadyjska fuzja brzmienia

The Tea Party to kanadyjski zespół rockowy, powstały na początku lat dziewięćdziesiątych w Windsorze, w prowincji Ontario. Założony przez przyjaciół z dzieciństwa Jeffa Burrowsa, Stuarta Chatwooda i Jeffa Martina... czytaj cały felietion...

Muzyczne podsumowanie 2010  (felieton)Muzyczne podsumowanie 2010

Drogi Czytelniku, w zamierzeniu autora miałeś przeczytać ten tekst na początku tego roku. Nie wyszło. W grudniu święta, więc autor odpoczywał, w styczniu witał nowy rok z iście rock'n'roll-ową werwą, a potem znowu... czytaj cały felietion...

Dave Mustaine - Dave Mustaine - "Mustaine" - autobiografia

"(...) Słyszałeś to Dave? O coś takiego nam chodzi! Coś, co brzmi jak Metallica, ale nie jest Metalliką. Możesz coś w tym stylu przygotować? Zawiesiłem się na moment, a potem uśmiechnąłem (...). A potem obaj zaczęliśmy... czytaj cały felietion...

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Top 10 przemyśleń (felieton)Top 10 przemyśleń

Gdy postanowiłem stworzyć dla własnych celów listę 10 utworów które są szczególnie ważne dla mnie, uświadomiłem sobie, że w takim ujęciu nawet najlepszy mocny kawałek, bez poparcia innych argumentów, nie ma prawa... czytaj cały felietion...

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

Płock Cover Festiwal, czyli jak polityka zabija kulturę (felieton)Płock Cover Festiwal, czyli jak polityka zabija kulturę

Płock Cover Festiwal czyli gwiazdy metalu na nadwiślańskiej plaży. To już niestety historia. Krótka historia tego jak piękne święto ciężkiej muzyki kończy swój żywot pośród mroków rozgrywek politycznych. czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone.