Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Jubileusze albumów - I połowa marca!

15 Marca 2017

Dzisiaj będzie trochę więcej albumów - pierwsza połowa marca dostarczyła zaskakująco dużo rocznic, więc mam dla Was osiem pozycji. Dwa zupełnie odmienne w odbiorze debiuty i dwa zupełnie odmienne ostatnie (przynajmniej jak na razie) wydawnictwa artystów. A oprócz tego cztery krążki, prezentujące wszystkie odpowiedzi pomiędzy "tak" i "nie".


Quiet Riot - "Quiet Riot" (02.03.1977)

Choć Quiet Riot zaliczali się do jednych z najpopularniejszych zespołów hard rockowej sceny Los Angeles połowy lat 70., to nie mogli znaleźć wytwórni, która wydałaby ich premierowy materiał. Wreszcie w 1977 roku udało im się podpisać kontrakt z Sony, ale debiutancki album miał ukazać się tylko w Japonii. Krążek nie zrobił tam oszałamiającej kariery i nie ma się co dziwić. Większość utworów to topornie nagrane melodie, które w żaden sposób nie mogą zaskoczyć słuchacza. "Tin Soldier" czy "Gt Your Kicks" są zwyczajnie nudne. Momentami zwyczajnie brakuje dźwięków gitary czy naciśnięcia basu. "Glad All Over" nie może równać się z wersją Dave Clark Five. Jedyne, co można tu pochwalić, to solówki Randy'ego Rhoadsa - zwłaszcza te z "It's Not So Funny" i "Mama's Little Angels".

Jethro Tull - "Thick As A Brick" (03.03.1972)

"Aqualung" umocnił i tak już silną pozycję Brytyjczyków na rockowej scenie, ale to za sprawą swojego piątego krążka dotarli na szczyt list po drugiej stronie Atlantyku. Inspirowany Monty Pythonem "Thick As A Brick" miał być parodią albumów takich gigantów prog rocka (Yes czy Emerson, Lake & Palmer), a sam Anderson zapowiadał go jako "matkę wszystkich albumów konceptualnych". Prześmiewczo czy nie, Jethro Tull nagrali jeden z najważniejszych albumów dekady. W jego skład w zasadzie wchodzą tylko dwa utwory, choć każdy dzieli się na cztery pomniejsze kompozycje. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej albo później muzyka rozrywkowa zaoferowała słuchaczom taką harmonię. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Nie ma nawet sensu opisywania barokowych melodii fletu, gitary i klawiszy. To po prostu trzeba usłyszeć.

Foreigner - "Foreigner" (08.03.1977)

Debiutancki krążek brytyjsko-amerykańskiego zespołu zapoczątkował serię pięciu albumów, które za oceanem uzyskały multiplatynowy status. Wspólne wysiłki weteranów i młodego pokolenia dały w efekcie bardzo charakterystyczne brzmienie, łączące klasycznego rocka panującej wówczas dekady ze zwiastującymi zmianami syntezatorami. Paradoksalnie to też jedyny mankament tej płyty; wszystko jest fajnie, a tu nagle pan Greenwood wchodzi ze swoją elektroniką, od której mogą rozboleć zęby. Zagłusza to np. całkiem niezły riff w "Long, Long Way From Home" czy chrupiący bas (swoją drogą linie Eda Gagliardiego to jeden z największych plusów albumu) w "Woman Oh Woman". Koniecznie trzeba posłuchać akustyczno-elektrycznego grania w "The Damage Is Done" czy mamiącego fletem, ale naładowanym energią "Starrider".

Melissa Etheridge - "Never Enough" (09.03.1992)

Dwie pierwsze albumy rock woman z Kansas dotarły do 22. miejsca amerykańskiego Billboardu. Można więc powiedzieć, że trzeci krążek był przełomem - znalazł się bowiem na... 21 lokacie tejże listy. Melissa nie bawi się w żadne eksperymenty i stawia na prostą, opartą na klasycznej gitarze formę. Ładnie wychodzi to w nisko śpiewanym "Place Your Hand" czy całkiem pozytywnym "Meet Me In The Back". Bardzo ciekawie wypadają klawisze; czy te buczące jak rogi w "Dance Without Sleeping", czy smutniejsze tony z "The Letting Go". Na szczególną uwagę zasługuje zamykający krążek "It's For You", gdzie pełna pasji pani Etheridge wyśpiewuje refren, by potem zapaść w fascynujący wręcz stupor.

Thin Lizzy - "Shades Of A Blue Orphanage" (10.03.1972)

Chciałoby się powiedzieć, że po czterdziestu pięciu latach drugie wydawnictwo Irlandczyków nadal zachowuje swój klimat, ale nie do końca tak jest. Ciężko uwierzyć, że za pomysły z tego krążka odpowiedzialny jest ten sam zespół, który nagrał np. "Jailbreak". Można to rzecz jasna tłumaczyć faktem, że Thin Lizzy występowało wówczas jeszcze jako trio. Ospałe, smołowate walenie w bębny na początkowym "The Rise and Dear Demise of the Funky Nomadic Tribes" bardzo negatywnie nastawia do całego albumu. Niestety, na drugim kawałku wcale nie jest lepiej; "Buffalo Gal" ogłupia refrenem i idiotycznymi przygrywkami rodem z gry komputerowej z 1995 roku. Poziom nieco wzrasta dzięki kowbojskiemu rytmowi "Brought Down" czy dobrej linii basowej w "Call The Police", ale nie mam zbyt wielkiej ochoty wracać do tego albumu.

Angel Witch - "So Above, So Below" (12.03.2012)

W latach 80. Angel Witch był jednym z najważniejszych przedstawicieli NWOBHM. Wydali trzy albumy, z których jedynie debiut mógł zapaść w pamięć. Czasy nurtu minęły, z kwartetu odeszło trzech członków. Ale zespołu nie rozwiązano, nie licząc krótkiej przerwy na przełomie tysiącleci. Po dwudziestu sześciu latach grupa powróciła z nowym materiałem. Pytanie brzmi: po co? Już po kilku minutach słuchacz ma pewność, że jedynym pomysłem na ten album było głuche bębnienie podłożone pod te same akordy. Heybourne brzmi, jakby rolę wokalisty wylosował tuż przed rozpoczęciem nagrań. Jedynie na ostatnich "Guillotine" oraz "Brainwashed" gitara wprowadza jakąś zmianę, choć ten drugi tytuł i tak oddaje stan odbiorcy po wysłuchaniu tego krążka.

Eddie Money - "Wanna Go Back" (13.03.2007)

Jedenasty i - jak do tej pory - ostatni album Nowojorczyka. Eddie prezentuje tuzin klasyków z lat 60., biorąc na warsztat choćby Jamesa Browna czy The Foundations. Nie ma się więc co dziwić, że całość to proste, oszczędne melodie, nie mające zbyt wiele wspólnego z kompozycjami artysty z pierwszego okresu kariery. Nie jest też niespodzianką, że przy takim doborze repertuaru na pierwszym planie stać będą klawisze i chórki. Wypada to całkiem zgrabnie, zwłaszcza w "Expressway To Your Heart", gdzie oprócz pianina wprowadzony jest także formujący tło keyboard. Do tego ciekawie zaaranżowany refren, na którym Eda wspomaga saksofon. Najciekawsze wspólne przyśpiewki to zdecydowanie "Baby, Now That I've Found You", podkreślone klaskaniem i dość agresywnym rytmem.

The Band - "Islands" (15.03.1977)

Ostatnia płyta wydana przed pierwszym rozpadem zespołu i ostatnia nagrana w oryginalnym składzie. Jeśli patrzeć tylko z perspektywy tego jednego albumu, to "Islands" wypada bardzo dobrze. Flirt ze smooth jazzem owocuje naprawdę niezłymi melodiami, przy których można rozluźnić to i owo. Jednak gdy spojrzymy na ten krążek znając wcześniejsze dokonania The Band, to nie jest już tak fajnie. Korzenny folk rock Kanadyjczyków ewoluował z albumu na album, aż w końcu przybrał formę bezcielesną i zniknął. Robertson czaruje tylko w coverze "Ain't That A Lot Of Love"; w reszcie utworów chowa się za pianinem i saksofonem. Dla fanatyków zespołu mógł to być brutalny cios, po którym niestety następowały kolejne.

Jędrzej Rakoczy

dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Ostanio dodane felietony

Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI. (felieton)Kiedy niedźwiedzie lubiły miód, czyli o słodkościach sprzed trzech dekad. Część XI.

W tej części wspominamy płytę "Within The Realm Of A Dying Sun" zespołu Dead Can Dance. czytaj cały felietion...

Festiwale letnie 2017! (felieton)Festiwale letnie 2017!

Lato to okres wakacji, relaksu i muzycznych festiwali pod chmurką. Przed Wami przegląd najciekawszych imprez zbliżającego się lata w Polsce. czytaj cały felietion...

Jubileusze albumów - II połowa maja! (felieton)Jubileusze albumów - II połowa maja!

Znowu bez żadnego debiutu, ale za to wszystkie wybrane płyty oznaczały nowy rozdział w twórczości każdego artysty. To, że zmiany nie zawsze były na lepsze, to już inna sprawa. czytaj cały felietion...

Koncerty

Top 5 - felietony

Najczęściej komentowane | czytane

Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów (felieton)Eventim, czyli jak nie powinno się sprzedawać biletów

Moje wakacyjne kupowanie biletu, czyli jedna z przygód miłośnika muzyki w czasie, której musiał on wykazać się nie małą determinacją i anielską wręcz cierpliwością. czytaj cały felietion...

10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka (felieton)10 najtragiczniejszych śmierci w historii rocka

Święto zmarłych to okres zadumy i wspomnień. Postanowiliśmy przy tej okazji przypomnieć Wam o muzykach, którzy odeszli z tego świata w nieszczęśliwych okolicznościach. Celowo nie umieszczaliśmy na liście takich... czytaj cały felietion...

Rozterki kolekcjonera płyt (felieton)Rozterki kolekcjonera płyt

Ceny płyt - Problem istnieje od dawna. Z jednej strony ludzie skarżą się na zbyt wysokie ceny płyt w sklepach a z drugiej firmy płytowe ubolewają nad tym, że sprzedaż płyt wciąż leci w dół a drastycznie wzrasta... czytaj cały felietion...

Fenomen groupies (felieton)Fenomen groupies

Śmiem twierdzić, iż większość ludzi interesujących się rockowym światem wie, kim są groupies. Jednak dla pewności pozwolę sobie przytoczyć przetłumaczoną definicję z jednego z amerykańskich słowników - "podążają... czytaj cały felietion...

Zagraniczne płyty, polska cena (felieton)Zagraniczne płyty, polska cena

Zapewne większość z osób kupujących oryginalne płyty kompaktowe spotkała się z określeniem "zagraniczne płyty, polska cena". U jego podstaw stała kampania promocyjna polskich koncernów wydawniczych, mająca na... czytaj cały felietion...

Nowe recenzje

Copyright © Rock Magazyn 2001-2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.