RockMagazyn Erotic Stuff
22 Listopada 2009
Eternus i Malkavian podejmują się stworzenie zestawienia "Najgorętszy soundtrack do udanego seksu".

Obiecuję, że zrobię wszystko, aby te 74 minuty nie były ani przesłodzone, ani skażone trywialnością. Obiecuję, że poświęcę wiele sił, aby pokazać, że jest wiele świetnych utworów rockowych mówiących o miłości, czy też stojących na wysokim poziomie, pościelówek. A tak na marginesie - temu gatunkowi wstyd przynoszą promowane usilnie w mediach pseudo-artystyczne, pseudo-miłosne pseudo-uniesienia. Choć muszę też przyznać, że nie zdzierżyłbym zespołu, który miałby w repertuarze same pościelówkowe propozycje (i tym samym przyznałem się, ze nie słucham Bryana Adamsa).
Obiecuję wreszcie, że ta składanka, która wypełnia tradycyjnej wielkości płytę CD, będzie zarazem koncept-albumem - nie w rozumieniu rocka progresywnego, lecz jako zaprzeczenie antykoncepcji. Bo śmiem twierdzić, że taka muzyka dobrze pasuje do sytuacji, w których prokreacja może stać się, że tak powiem, namacalnym faktem. Nie sposób oczywiście zagwarantować, że takie dźwięki będą użyteczne przy realizowaniu różnistych dewiacji. Ale cóż - z całym szacunkiem dla tego zespołu, prokreacja przy Vaderze nie jest dla mnie normalna.
Zatem Love stuff collection, Pościelówki show, czy jakkolwiek by tego nie nazywać (nie pora zresztą i miejsce, żeby sprzeczać się o terminologie i doprecyzowanie zakresu), czas zacząć. Oczywiście bez wykraczania poza stylistykę rocka.
Bartłomiej "Eternus" Biga
Jako, że seks nie musi zawsze oznaczać powolno-ślimaczych ruchów na niedźwiedziej skórze przy kominku postanowiłem nie bawić się w kompilowanie kolejnej dawki smętów. W końcu delfiny też odbywają zbliżenia dla przyjemności i piszczą sobie swoje wesołe songi. Zatem w tych 74 minutach z drobną starałem się zamieścić rzeczy nie tylko z różnych półek stylistycznych, ale i brzmieniowo różnych. Dlatego obok kilku uroczo-spokojnych momentów znajdują się tam prawdziwie perwerskie, mocne kawałki. Jedno jest pewne, wszystkie osiemnaście (pierwsza tajemnica pooooszła!) utworów nie jest tak bardzo oczywistych. Żałuję tylko objętości zestawu, bo pasujących do tematu tracków jest tak wiele, że mógłbym DVD wypalić, ale wszystkiego mieć nie można as it seems. Zabrakło miejsca dla Kings Of Convenience, Jose Gonzaleza, nie zmieścili się Lupine Howl ze swoim anthemowym Burning Stars. Żeby oddać sprawiedliwość Johnowi Coltrane'owi musiałbym wrzucić całe Love Supreme. Podobnie z Milesem Davisem. I liczoną w dziesiątkach ilością wykonawców. Cóż, zapraszam serdecznie do lektury. Może ktoś będzie miał z tego radochę. A ja wracam oglądać "Donnie Darko".
Aleksander "Malkav" Stępień
Część pierwsza - składak Eternusa
00:00 Alice in Chains - Down In A Hole
z płyty Dirt [1992]
Jeśli ten utwór jest najmocniejszy w zestawie, to już teraz wiadomo, czego spodziewać się dalej. A skoro nieformalną rockową tradycją jest umieszczanie takich piosenek na początku płyty, to nie chciałbym, aby w przypadku mojego Love rock songs collection było inaczej. I choć według mnie, w tym kawałku temat miłości jest zdecydowanie w tle, to gdy jednak przebija się na moment na pierwszy plan, to Layne Staley podsuwa bardzo dosadne stwierdzenia pokroju "oh I want to be inside of you". Poza tym nie sposób zaprzeczyć, że to właśnie problemy sercowe wpędziły bohatera opowieści do tytułowego dołu. Zatem na początek gorzkie, refleksyjne oblicze miłości, a właściwie jej braku. Ciekawe, czemu właśnie takie spojrzenie szczególnie upodobali sobie rockmani? Czyżby jakieś kompleksy?
05:38 The Scorpions - Still Loving You
z płyty Love At First Sting [1984]
Ten band specjalizuje się w balladach. A że one, niejako z natury swojej lubią być nośnikiem miłosnych tematów, jak i doskonale sprawdzają się w sytuacjach sercowych uniesień, to w przypadku dorobku Scorpionsów przy tworzeniu tego zestawienia, miałem w czym wybierać. Utwór ten wydał mi się jednak szczególnie urokliwy. Muzycznie jest świetny, głównie dzięki wybornemu stopniowaniu emocji i jakże charakterystycznym dla tego zespołu, niezapomnianym melodiom. Klaus Meine porusza temat minionej miłości zniweczonej przez rzeczy, które chciałby teraz zmienić - "I would try to change, the things that killed our love". Trudno się mu dziwić, skoro, jak sugeruje już sam tytuł - wciąż ją kocha.
12:04 Jimi Hendrix - Little Wing
z płyty Axis: Bold As Love [1967]
To, jak często ten utwór jest coverowany, świadczy dobitnie nie tylko o jego potencjale muzycznym, ale też o uniwersalności przekazu słownego. Nie ukrywam, ze właśnie taki nieco metafizyczny, abstrakcyjny, oniryczny, snujący się sposób traktowania tematu szczególnie mi odpowiada. Little Wing to naprawdę piękne uniesienie - z jednej strony pełne zaangażowania, ale zarazem aż kipiące od wolności i swobodnych imaginacji. "That's all she ever thinks about is riding with the wind" - jeśli takie wersy są podkreślane hendrixowym gitarowym riffem, to nie sposób nie docenić subtelnego, wyrafinowanego piękna tego oblicza miłości.
14:23 Ozzy Osbourne - Dreamer
z płyty Down To Earth [2001]
Nawet zostawiając na boku marzycielskie słowa tej piosenki, to jej muzyczna strona, aż prosi się o zakwalifikowanie do grona "pościelówek z klasa". W czasie jej nagrywania Ozzy był już na takim etapie życia i twórczości, że o wiele autentyczniej wypadał właśnie w takich balladowych, stonowanych kompozycjach, niż przy Krwawych Sabatach (oczywiście ta uwaga tyczy się wyłącznie nowego materiału, a nie koncertowej działalności). A że marzenia o miłości i w związku z nią, nie należą do rzadkości, to ujęcie tej sympatycznej, urokliwie melodyjnej ballady na tworzącej się właśnie składance "Giants of rock slowly singing about love", dziwić nie może.
19:07 Elton John - Tiny Dancer
z płyty Almost Famous O.S.T. [2000]
Zostańmy przy klawiszowym akompaniamencie. A to za sprawą utworu ze ścieżki dźwiękowej z nieco naiwnego, ale jakże sympatycznego filmu "U progu sławy". Choć dziwić może fakt, dlaczego to właśnie Elton John napisał piosenkę, która tak dobrze, jak żadna inna, opowiada o miłości między groupies i gwiazdorami rocka? A temu zjawisku zawsze towarzyszy nieustanne życie w podróży, z dala od domu, gdzie ktoś bliski jest szczególnie potrzebny - "hold me closer tiny dancer, count the headlights on the highway". Tiny Dancer jest w konwencji "love songs" fenomenalna - delikatna, z chwytliwą linią melodyczną i wyrazistym przesłaniem.
25:25 Camel - Mystic Queen
z płyty Camel [1973]
Andy Latimer, gdy gra na gitarze potrafi przekazać chyba wszystkie znane mi emocje i zawsze robi to niezwykle precyzyjnie. W tym utworze tekst pełni raczej marginalną rolę, choć śpiewanie o kolorach widzianych tylko w snach "colour that you've only seen while sleeping", może pobudzać wyobraźnie. Pierwsze skrzypce, gra jednak... gitara. I chyba tylko wsłuchując się w nią, można zobaczyć, chociaż w wyobraźni, ten nieznany na jawie kolor. Zapewne są to barwy miłości - królewskiej i mistycznej. Warto też wspomnieć o płycie, którą w dużym uproszczeniu, Camel w całości poświęcił na opowieść o miłości... do ojczyzny. Mam tu na myśli oczywiście Harbour Of Tears. Ale to już pozycja to zupełnie innego zestawienia.
31:05 Carlos Santana - Samba Pa Ti
z płyty Abraxas [1970]
Ten utwór to dla mnie absolutne mistrzostwo świata, jeśli chodzi o kreowanie nastroju. Wystarczy kilka pierwszych dźwięków, aby na czas piosenki oderwać się od materialnego otoczenia. Słuchacz znajdujący się w wykreowanej przez Santanę przestrzeni, właściwie nawet nie zauważa, że zaczyna ona coraz szybciej wirować i że w efekcie koniec jest znacznie bardziej dynamiczny, niż stonowany początek utworu. I chociaż dzieje się to bez słów, to nastrój kompozycji skutecznie zachęca do przyklejenia Sambie Pa Ti etykiety love songu, a z nią droga do "Best guitar love-songs ...ever" stoi otworem.
35:40 John Lennon - Imagine
z płyty Imagine [1971]
I choć jest to przede wszystkim pacyfistyczna piosenka, a najbliższe sercowemu motywowi, jest stwierdzenie "a brotherhood of man", to dla mnie i tak mieści się ona w love stuffie. Po pierwsze dlatego, że opisuje ona wyidealizowany świat. A chyba nie musze dodawać, z jakim zjawiskiem takie postrzeganie rzeczywistości się wiąże (na wszelki wypadek - nie chodzi mi tu o żadne syntetyczne i nie-syntetyczne specyfiki). Po drugie: jeśli pacyfizm, to hipisi, a jeśli hipisi, to wolna miłość. Dźwięki tej kompozycji, w takie klimaty wpisują się znakomicie. Poza tym przecież, gdyby ludzie darzyli się wzajemnie wyłącznie uczuciami oscylującymi wokół miłości, to nie byłoby wojen, a zatem zrealizowałyby się idee pacyfistyczne.
38:44 Black Sabbath - Changes
z płyty Vol. 4 [1972]
Czy już wspominałem, że rockmani o wiele częściej śpiewają o miłości niespełnionej, niż takiej, którą można by nazwać szczęśliwą? Changes jest ponadto opisem sytuacji, w której nie ma już nadziei - "she was my woman, I loved her so, but it's too late now, I've let her go". A efektem straty najlepszej przyjaciółki, jaką była kobieta, jest rozpacz i jak to zwykle bywa w takiej sytuacji - chęć cofnięcia czasu, aby dokonać zmian, "now all my days, are filled with tears, wish I could go back, and change these years". A smutne akordy na fortepianie i przepełniony rozpaczą głos Ozzy'ego nie pozostawiają miejsca na wątpliwości, jak bolesny jest ten kontekst miłości.
43:27 U2 - With Or Without You
z płyty Joshua Tree [1987]
Za to Bono śpiewa już bez takiego dramatyzowania. Jednak mimo wszystko wydźwięk utworu jest jeszcze bardziej pesymistyczny, bo okazuje się, że podmiot tekstu nie potrafi żyć zarówno z nią, jak i bez niej. Chce dostać więcej niż ona mu daje - "you give it all but I want more" i dlatego "I can't live with or without you". Ozzy przynajmniej sądził, ze cofnięcie czasu mogło spowodować poprawienie sytuacji. Ale w Irlandii tak dobrze nie jest - przynajmniej wnioskując z tekstu. Bo już muzyczne przesłanie wydaje się być o wiele bardziej pogodne i to do tego stopnia, że obojętnie czy z nią, czy bez niej i tak nie jest źle.
48:23 Rod Stewart - Sailing
z płyty Atlantic Crossing [1975]
Żeby nie było ponuro, a przesłuchanie tak skonfigurowanej składanki nie powodowało psychicznej impotencji, trzeba było też wybrać coś dla przeciwwagi. I ta piosenka wydaje się być idealna do spełnienia tej właśnie roli. Rod Stewart bardzo przekonywująco śpiewa w niej bowiem o miłości, która dodaje skrzydeł. I choć dla niektórych zapewne jest to przesłodzona ballada, to jej urokliwość jest dla mnie bezdyskusyjna. Poza tym przecież chyba wszyscy poprzez burze chcą dopłynąć do spokojnego miejsca, gdzie można być bezpiecznym i prawdziwie wolnym - "we are sailing stormy waters to be near you to be free". W tym miejscu równie dobrze mogłoby się tez znaleźć When I need you, ale nie przes(ł)adzajmy...
53:00 Sting - Shape Of My Heart
z płyty Ten Summoner's Tales [1993]
Mimo, że tytuł wyraźnie mówi o kształcie serca, to z tekstu nie dowiemy się, jaki jest on w przypadku bohatera tej opowieści. W zamian wielokrotnie usłyszymy wyliczankę, zakończoną podsumowaniem, że to nie o ten kształt chodzi - "but that's not the shape of my heart". I jak na rockowy utwór przystało, z miłością nie może być zbyt łatwo, bo nawet samo wyznanie uczucia, mogłoby być źle zrozumiane - "and if I told you that I loved you, you'd maybe think there's something wrong". Aż dziwne, że mimo tylu trudności, o jakich śpiewa tak wielu artystów rockowyh, ktokolwiek w tych kręgach się rodzi.
57:38 Gary Moore - Still Got The Blues
z płyty Still Got The Blues [1990]
Teraz czas na kolejną opowieść o dawnej miłości. Jednak akurat te rozważania prowadzą do konstruktywnych wniosków. Mimo, że było to tak dawno "it was so long ago" i mimo, że bohater opowieści doszedł do wniosku, że miłość nie jest dla niego łaskawa "I found that that love is no friend of mine", to i tak twierdzi, że wciąż może on coś dawnej ukochanej przekazać "but I've still got the blues for you". I dlatego wielkie brawa dla niego - bo Gary Moore, zamiast załamywać się i rozpaczać (czego mieliśmy już wcześniej przykłady), komponuje jeden z najbardziej charakterystycznych motywów, jakie kiedykolwiek zostały zagrane na gitarze.
63:48 David Gilmour - On An Island
z płyty On An Island [2006]
I znów czas na marzycielskie klimaty. Tym razem jednak są one przedstawione niezwykle sugestywnie. Do tego stopnia, że prawie jestem skłonny uznać je za rzeczywiste. Gilmour ma racje, że trzeba pozwolić otoczyć się nocy, aby znaleźć się w środku drogi do gwiazd "let the night surround you, we're halfway to the stars". Dzięki przepięknym dźwiękom gitary i rozmarzonym śpiewie, nawet siedząc przy migoczącym monitorze w środku zakorkowanego Krakowa, można się poczuć jak na wyidealizowanej wyspie. A skoro cała płyta On An Island jest uważana za niezwykle osobistą, to Gilmourowi można tylko pozazdrościć tak pięknych uniesień.
70:35 Snowy White - Bird Of Paradise
z płyty White Flames [1983]
Przy tym utworze też można poczuć się jak w raju - choć niekoniecznie musi to być akurat wyspa. Problemem jest jednak nieposiadanie, jakże przydatnej w takiej sytuacji, umiejętności latania - "wish that I could fly, I'd be beside you now". W efekcie czego można się tylko przyglądać, jak piękny rajski ptak lata wokoło - "but I can only sigh, and watch you circle round". Ale mimo tych niedogodności, muzyka utrzymana jest w tak ciepłych barwach, że miejsce to i tak pozostaje rajem. W końcu nawet samo oglądanie rzadkiego rajskiego ptaka może być inspiracją do napisania tak cudownej piosenki.
Total time: 74:43
Część druga - składak Malkava
00:00 OutKast - The Love Below (Intro)
z płyty Speakerboxxx/The Love Below [2003]
Zastanawiałem się długo i namiętnie, jak rozpocząć swoją składankę. Pierwsza myśl to pocięty sampelek orgazmicznych jęków odsyłający na 1965, potem nadszedł przewrotny pomysł otwarcia całości jajcarskim "już po" z Where Are My Panties? Jednakże self-titled intro autorstwa Andre 3000 spina piękną, liryczną, cofającą w lata 50-te klamrą. Pewnie już się domyślacie, ale sami zobaczycie, gdy dobrniecie do końca tej listy.
01:37 Afghan Whigs - John The Baptist
z płyty 1965 [1998]
"In Greg we trust" - wiadomo. Rzadko kto nagrywa kipiące erotyką, totalnie samczym podejściem do życia kawałki wypełnione chwytliwymi, ciętymi gitarowymi progresjami, rezonujące soulowymi wielogłosami i nawałnicą gorących dęciaków. Jeśli taki Miles Iz Ded jest najwybitniejszym otwieraczem wszelkich imprez, do łóżka zaprasza się przy dźwiękach John The Baptist. W końcu skoro ma się w sobie diabła...
07:01 Scarlett Johansson - Brass In The Pocket
cover Pretenders, z filmu Lost In Translation [1980/2003]
Doskonale zdaję sobie sprawę, że pewnie większość woli wyzywającą słodycz Chrissie w oryginale, ale urocza nieporadność i alkoholowe przydymienie tej wielokulturowej imprezy w filmie działa na mnie o wiele mocniej. Sopranowe karaoke i różowa peruczka. Przepraszam, chyba potrzebuję reseta.
10:03 Depeche Mode - I Feel You
z płyty Songs Of Faith And Devotion [1993]
Beeejb, chodź do wyra. No proooszę, puścimy sobie I Feel You i będą towarzyszyć nam gitarowe odchyły. No Misiek, nie bądź taka niedostępna. Ja wiem, że ostatnio to ja nie chciałem, ale teraz chcę... Ej, Kochanie, no przecież "this is the morning of our love". Obiecuję, że będę bardzo niegrzeczny. No błagam... Hej, gdzie Ty mnie... Mmmm, Bejbuś, mrrrrau...
14:38 Mark Lanegan Band - Methamphetamine Blues
z płyty Bubblegum [2004]
Yeah man, znam takich, dla których głos Lanegana jest ideałem. Przepalony, głęboki, hell dude. A gdy jeszcze połączony zostanie z rewelacyjnym metalicznym wyznaczeniem taktu, brudnym gitarowym wyrzygiem i mocno amerykańskim alternatywnym brzmieniem, naprawdę można doznać. Pamiętam pijacką pointę jakiegoś wiersza mojego kumpla - "mam buty firmy glany i jestem zakochany". Trafia idealnie.
17:54 Yeah Yeah Yeahs - Man
z płyty Fever To Tell [2003]
Dwie minuty pisków, jęków, westchnień Karen i kapitalny, hymnowy wręcz, zajeżdżający klasyką garażowego brzmienia bluesopodobny wymiatacz. Rewelacyjnie brzmi totalnie pokopany organowy wtręt pod refrenem wspomagający przejście "jadącej" gitary. Zresztą na całość Fever To Tell składa się trzydzieści kilka minut dobrej zabawy pod bannerem "sex, drugs & r'n'r". A tak na marginesie, żadnemu facetowi nie można wierzyć, gdy mówi, że Yeah Yeah Yeahs do niego nie trafiają. Zapytajcie Olgi, dziewczyny Grotka, zrozumiecie.
19:45 Kylie Minogue - Come Into My World (Fischerspooner Mix)
z płyty Ultimate Kylie [2004]
Podmiana metalicznego podkładu na głęboki beat i drapieżną elektronikę idealnie współgrającą z lubieżnym ?na na na nananana' polaryzuje znaną z płyty kraftwerkową parkietówkę na całkowicie odwrotnym biegunie grania. Brzmieniowa surowica remiksu Fischerspoonera kontrastując z anielskim śpiewem Kylie przygotowuje miejsce do najmniej bolesnego wbicia w ścianę słuchacza powalonego zestawieniem perwerskiego urywanego jęku i maksymalnie wydłużonej wokalizy podbitej coraz głośniejszym basem. Jak na moje ucho, pure pleasure.
24:07 Rapture - House Of Jealous Lovers
z płyty Echoes [2003]
Stereotypowy seks według Polaków zakłada dwuminutowe zbliżenie w ciemnym pokoju, w łóżeczku, najlepiej w piżamkach oraz natychmiastowe lulu. Nie wiem zatem czy jest w ogóle sens dodawać do składaka House Of Jealous Lovers bo dance-punkowy anthem Rapture podchodzi już chyba pod seks grupowy. Motoryka, gitarowy wykop, dzikie wrzaski Jennera, imprezowy rys zawarty w introdukcji. W każdym razie, grupowy czy nie, jedno jest pewne - działa na stówę. Przynajmniej na mnie. Groove basowej figurki w kosmos wysyła przecież. A jeśli ktoś dalej twierdzi, że prokreować najlepiej przy balladkach, niech skipuje do Prince'a.
29:13 Black Heart Procession - Tropics Of Love
z płyty Amore Del Tropico [2002]
Ależ niesamowite, niebezpieczne tango zaserwowała na Amore Del Tropico załoga Black Heart Procession. Rozerotyzowany drżący fortepian współgra z namiętnymi smyczkowymi plamami, zaś rytm kroków wybija pędzące perkusyjne "drewno". Perwersyjne polifonie wokaliz poprzez wyjścia daleko poza narzucone ramy kompozycji zdają się odpowiadać operującemu tajemniczo-potępieńczą barwą Jenkinsowi. I ten niedopowiedziany, urwany takt na końcu. Cholera, mocne.
34:09 Arab Strap - Fuck-A-Doodle-Don't
z płyty Monday At The Hug & Pint (wersja japońska) [2003]
Middleton i Moffat to dwaj dwudziestowieczni perwersi. Utworów z podtekstami nagrali na pęczki. Jest w czym wybierać - seks oralny, analny, dzikie zabawy, 6-9, perskie oko (to chyba Liroy był), seks mocny, seks słaby, w domu, na tylnym siedzeniu samochodu, pośród krzaków na skwerze. Erotic stuff można by bez mrugnięcia okiem oprzeć tylko na Arab Strap i tak czy tak jesteśmy w domu. Z mojej strony dorzucam przewrotnie potężne Fuck-A-Doodle-Don't. Wy możecie dodać sobie Packs Of Three, Pyjamas, Shy Retirer czy Stink. Na to samo wyjdzie.
36:26 Prince - Purple Rain
z płyty Purple Rain [1984]
Sylwester 2004. Dom kumpeli mojej ex, jedno punktowe światełko nad klawiaturą. W oparach papierosowego (nigdy tego nie pochwalała) dymu i ze szklaneczką jakiegoś drinka w ręce improwizowałem sylwkową setlistę. Gdy już mocno po północy wszyscy rozlokowali się na różnych miękkich siedziskach, oceniwszy sytuację i stan uczestników imprezy poruszony uczuciem jakiejś nostalgii dziwacznej (nevermind ludziska) puściłem najpiękniejszy lovesong lat 80-tych. To był mój pierwszy i ostatni taniec w życiu (no i wydało się, że nie znoszę). Ale za to jaki, damn.
45:07 Fish - Cliché
z płyty Vigil In The Wilderness Of Mirrors [1990]
"I love you". Ponoć to tylko wyświechtany frazes, nic więcej. A potem startuje gitarowa solówka. Miażdżąca.
52: 13 Serge Gainsbourg - Ballade De Melody Nelson
z płyty Histoire DeMelody Nelson [1971]
Zamiast nadal klepać schemat Je t'aime, moi non plus, wystarczyło sięgnąć do płyty Histoire De Melody Nelson i odnaleźć przepiękny wyszeptany dwugłos Serge'a i Jane Birkin rozciągający się pomiędzy seksualnym napięciem a czułością, napędzany nerwowym basem i dyskretnie barwiony sekcją dętą. Nic zresztą dziwnego w mnogości uczuć, skoro cała historia, jaka znalazła się na tej płycie jest dźwiękowym odpowiednikiem "Lolity" Nabokova.
- C'est l'histoire de...
- ...Melody Nelson.
54:13 My Bloody Valentine - Sometimes
z płyty Loveless [1991]
Kevin i Belinda kochali się bardzo. Mieli własny zespół, w którym tworzyli shoegaze'owe miłosne piosenkowe dialogi i śpiewali do siebie na kolejnych płytach swej kapeli. Nadszedł rok 1991, pojawiła się płyta z rentgenowym zdjęciem gitary, a na niej, pod numerem dziewiątym znalazł się najpiękniejszy jazgotliwy lovesong. Ever.
59:32 Sonic Youth - Shadow Of A Doubt
z płyty Evol [1986]
Kiedy zaczepił ją pierwszy raz, w ogrodzie uniwersyteckim, wyobrażał sobie, że będzie to przelotny romans - szybki wskok, szybki wyskok. A teraz ma ją u siebie w domu, a za nią ciągnie się cały mnóstwo komplikacji. W co ona właściwie gra? Trzeba mieć się na baczności, to jasne. Ale cóż - od samego początku powinien był się strzec.
Wyciąga się obok niej na łóżku.
(fragment pochodzi z książki J.M. Coetzee zatytułowanej "Hańba")
63:04 Tindersticks - Waiting For The Moon
z płyty Waiting For The Moon [2003]
Weź mnie za rękę. Poczekamy, aż na ciemniejącym niebie pojawi się księżycowa tarcza i pójdziemy wśród srebrnych promieni gdzieś w niebo. Daleko, tam, gdzie nikt nas nie znajdzie. I pośród kosmicznego pyłu staniemy się jednością.
65:55 Twilight Singers - Verti-Marte
z płyty Twilight As Played By The Twilight Singers [2000]
Au revoir, encule. Po 5:09. Czy szczytuje? Ba! Uuu! Uuu! Uuu! Uuu! Jak podniecić faceta? Banał. Opowiadasz jakiś żart po francusku, śmiejesz się. No i jeśli masz na imię Sophia, a nazwisko wiadome, to nawet już nie jest kwestia podniecenia. To kwestia reloadu.
71:04 Frank Sinatra - When Your Lover Has Gone
z płyty In The Wee Small Hours In The Morning [1954]
Już załapaliście? Gdy cichnie dziejowe "goodbye motherfucker", niejaki Frank Sinatra pośród głęboko-nocnej orkiestracji informuje, że to już koniec płyty. Czas usiąść na skraju łóżka, spojrzeć w okno (Gentlemen, heh) i zaciągnąć się mocnym szlugiem. I nawet Pipidówa Górna rozbłyśnie na chwilę światłami Manhattanu. Zawsze tak jest.
Total time: 74:15
Bartłomiej "Eternus" Biga, Aleksander "Malkavian" Stępień











Aktualności


Komentarze