Progresja...
Rock progresywny. Czym jest, a czym nie jest. Co stanowi o tym, że dana muzyka to właśnie rock progresywny? Wszystkie pozostałe gatunki są stosunkowo łatwe do określenia. Rytm, technika gry, instrumentarium. To je definiuje. Rock progresywny jest inny. Jaki?
Do góry Pietrek
W ciągu sześciu ostatnich miesięcy miało miejsce kilka ważnych dla światowej muzyki premier. Peter Gabriel wydał UP, Porcupine Tree In Absentia, a King Crimson The Power to Believe. Każdy album jest inny, ale mimo to mają pewien wspólny mianownik. Wszystkie to rock progresywny, choć widziany z innej strony i inspirowany czym innym. Muzyczne malowidła, malowane innymi farbami.
Najwcześniejszą była premiera UP Petera Gabriela. Instytucja. Początki w Genesis, legendzie brytyjskiego rocka progresywnego, potem świetne płyty solowe. UP to jego czternaste dzieło. Dzieło wielkie. Gabriel wie, jak budować nastrój płyty. Każda jego płyta ma w sobie coś fascynującego, co wciąga słuchacza. W przypadku UP misterny klimat płyty opiera się o efekty perkusyjne (granie szczoteczkami ? jak w jazzie, czy obróbka perkusji na komputerze), wykorzystanie instrumentów etnicznych (od grzechotki, po harmonijkę ustną i jakieś bliżej mi nieznane odpowiedniki bębnów), oraz na wyeksponowaniu fortepianu, czasem zastępowanego przez fortepian elektryczny. Wszystko razem wpływa kojąco na słuchacza, powodują wrażenie wędrówki po świecie własnych snów.
Absencja Wilsona
Kolejnym wydarzeniem była premiera nowej płyty Porcupine Tree. In Absentia to czternasty album długogrający w ich karierze. Zaserwowana na nim mieszanka gitarowych solówek, fortepianowych wstawek i hipnotycznego głosu Stevena Wilsona nie przynosi tak pięknych uczuć, jak UP. Ta płyta pokazuje raczej ciemniejszą stronę naszej świadomości, zahaczając nawet o ukryte lęki, czy fobie. Zmusza do zastanowienia się nad sobą, nad swoim losem. A klimat stworzony przez wspomniane już gitary do nazbyt kolorowych nie należy. Ale płyta pozostawia też promyk nadziei, który stanowi ostatnia fortepianowo ? smyczkowo ? wokalna ballada Collapse the Light into Earth, która powoduje u mnie odczucie ulgi po dość dramatycznych poprzednich utworach.
Uwierzcie w Karmazynowego Króla
Trzecią w kolejności chronologicznej i chyba tą o największym znaczeniu była premiera The Power to Believe King Crimson. Płyta stanowiąca osiemnasty album studyjny w ich karierze (nie licząc kompilacji) pokazuje, że zespół, (mimo, iż z pierwotnego składu pozostał jedynie Robert Fripp) mimo 34 lat na scenie wciąż ma coś do powiedzenia i ciągle potrafi być inspirujący i odkrywczy zarazem. Taka właśnie jest ta płyta. Inspirująca, odkrywcza. Raz jest kojąca, za chwilę zaś przestraszająca. Jeżeli istnieje coś takiego, jak muzyka nieprzewidywalna, to King Crimson właśnie taką muzykę nagrał. Na pewno jest to płyta najtrudniejsza w odbiorze, zostawiająca daleko w tyle UP i In Absentia. Ale zarazem jest też najbardziej fascynującą z ich trzech, powodującą najbardziej skrajne reakcje.
Oto są. Trzy oblicza rocka progresywnego. Różnią się, ale wszystkie mają wspólną cechę. Wciągają słuchacza i powodują u niego ciekawość muzyki i chęć do swoistej kontemplacji dźwięków. Wywołują głód takiej muzyki i niezaspokojoną żądzę poznania jej. I to jest właśnie ideą rocka progresywnego. Muzyka progresywna ma wciągać i fascynować. Słuchacz ma ją pochłaniać i z każdą nutą chcieć jej słuchać coraz bardziej. A to, w jaki sposób muzycy to osiągną, jakich instrumentów używając i jak grając, tym nie należy się sugerować. Jak zatem poznać, że dana płyta to rock progresywny? Po prostu. Posłuchać i poczuć tą muzykę...
Michał Błaszczyk










Aktualności


Komentarze