Powrót żywych trupów
Właśnie takie określenie ciśnie mi się na usta, kiedy słyszę o come backu jednej z moich ulubionych grup, The Doors. I tym bardzie ból podwójny. Rozumiem, to czterdziesta rocznica powstania zespołu. Ale czy naprawdę warto odgrzewać stare kotlety? Mimo tego, że ten kotlet nadal się rusza.
Oto mieliśmy ich czworo. Jeden, ten najważniejszy, pewnie przewraca się w grobie słysząc co wyprawiają jego dawni przyjaciele. Drugi sądzi się o prawo do nazwy i obraża na kolegów za to, że nie zaprosili go do składu w 2002 roku.
Dziś została ich dwójka. I promują dalej swoją radosną twórczość otoczeni wianuszkiem wspaniałych i utalentowanych gości pod nazwą Riders on the Storm. Ray Manzarek i Robbie Krieger (skoro już jestem złośliwa - proponuję zmienić nazwisko na Kruger... A imię na Freddie) plus Perry Ferrell, Chester Bennington i oczywiście Ian "Jim" Astbury.
A na czterdziestolecie box ze zremasterowanymi albumami, dotąd nie wydany materiał, recytacje poezji Morrisona, książka z cyklu "my o sobie", film Oliviera Stone'a. Pięknie. Tylko po co?
W 2002 roku, kiedy po raz pierwszy dotarła do nas wiadomość o powrocie nowych - starych The Doors - tym razem jako The Doors of the 21st Century, niesiona młodzieńczym entuzjazmem, ucieszyłam się. To podekscytowanie nieco przygasił kolega podśmiewając się, że to tak samo, jakby Paul McCartney i Ringo Star zaczęli koncertować pod nazwą The Beatles of the New Era.
Ale stało się. The Doors są. I grają. Ich trasa zahaczyła nawet o Polskę - 20. lipca 2004 roku wystąpili na warszawskim Torwarze. Tłumy fanów i tak przyszły, za to poziom artystyczny pozostawił wiele do życzenia. Za mikrofonem stanął wspomniany wyżej Ian Astbury - wokalista hardrockowego The Cult, jednej z legend lat 80. Czy jest on w stanie zastąpić Morrisona? Nigdy. Król Jaszczur był tylko jeden, a wszystko, co po nim to tylko piąta woda po kisielu. Ale nawet efekty upodabniające nie pozwalają Astbury' emu podeptać oryginałowi po piętach. Niby jest fizyczne i wokalne podobieństwo (jedno i drugie moim zdaniem wymuszone i nienaturalne), ale... Trochę to wszystko żenujące. Dwóch starszych panów zatrudnia śpiewającego kolegę po fachu, robią z niego kopię Morrisona i jeszcze jadą w trasę. Jeszcze raz pytam: po co? Żeby wskrzesić legendę? Żeby jeszcze raz poczuć ten klimat? Legendą są The Doors z oryginalnym wokalistą. Takimi zostali zapamiętani. I o ile mogę zrozumieć Alice in Chains z Williamem DuVallem, Dżem z Jackiem Dewódzkim, a jeszcze bardziej z Maciejem Balcarem, Marillion ze Stevem Hogarthem, Genesis z Rayem Wilsonem, tak The Doors bez Króla Jaszczura? Niemożliwe, niewyobrażalne. Smutne. The Doors to jeden z tych zespołów, które po stracie wokalisty tracą tożsamość i nikt, kto próbuje go zastąpić, nie jest w stanie tej tożsamości odbudować. Co byście powiedzieli na reaktywację Nirvany z Chadem Kroegerem z Nickelback albo Wesem Bentleyem z Puddle of Mudd? Albo - co niemal się stało - Queen z Robbiem Willaimsem?
Nie chcę spekulować na temat komercyjnego wydźwięku działań panów Manzarka i Kru... Kriegera. Choć są na pewno tacy ( i to liczni), którzy łykną w ciemno to , co proponują im Jeźdźcy Burzy. Pomoże im w tym zapewne tegoroczna nagroda Grammy za całokształt twórczości. Czy trzeba było czterdziestu lat, żeby połowie oryginalnego składu dać nagrodę za twórczość wszystkich? To według mnie taka sama żenada jak Grammy dla Jethro Tull w kategorii hard & heavy w 1989 roku.
Łatwo płynąć na fali legendy, niemożliwym jest ją wskrzesić.
Jest taki wokalista, znany i chyba nawet dzięki radiowej "Trójce" popularny w Polsce - James Morrison. Uwaga, bo można go równie łatwo pomylić z Jimem Morrisonem, jak The Doors z Riders on the Storm.
Ewa Chowańska










Aktualności


Komentarze