Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Soundgarden „Echo of Miles: Scattered Tracks Across the Path”

20 Stycznia 2015

Podczas pierwszego przesłuchania albumu "Echo Of Miles: Scattered Tracks Across The Path" pojawiła się u mnie natarczywa myśl, że z morza jej mdłych dźwięków trudno wyłowić rzeczy naprawdę intrygujące. W końcu to tylko zestaw "odrzutów", stron B singli, nagrań live i kowerów skompilowany przez Kima Thayila, gitarzystę grupy. Tak mi się zdawało z początku. Po dłuższym obcowaniu z tym dziełem, zmieniłem jednak zdanie, bo brudne riffy do mnie w końcu przemówiły. "Jesteśmy kwintesencją rocka!", jakbym usłyszał grom z niebios.

Trzypłytowy box (dostępny też jako pojedyncze CD) posiada niewątpliwe atuty. Po pierwsze: jest wyrazem garażowej szczerości, która w rocku liczy się najbardziej. Po drugie: przywołuje niepokornego ducha czasów sprzed oszałamiającej popularności zespołu i ma walory dokumentalne. Po trzecie: jest tu kilka mocnych grungowo / punkowo / psychodelicznych killerów, a to wystarczy, by ucieszyć niemal każdego. Soundgarden potrafią nas wciągnąć w grząskie bagno programowo hipnotycznych dźwięków, które mogą stanowić substytut zażywanego przez Indian peyotlu. Za przykład możemy wziąć "Toy Box", albo "Kristi". W "Heretic" Cornell skutecznie czaruje swoim wysokim głosem, który skruszyłby szklankę. A mamy tu też odjechaną, trochę psychodeliczną piosenkę, z sabbathowym riffem w refrenie ("She Likes Surprises").

Kto woli kawałki mniej "duszne", a bardziej energetyczne, może śmiało wsłuchać się w lekko kpiarski "Sub Pop Rock City" albo cudownie garażowy i szorstki "HIV Baby". Gdyby panowie z Green Day nagrywali piosenki podobne do "Bleed Together", pewnie znów można byłoby ich nazwać najciekawszym zespołem post punkowym. Gdzieś w opozycji do tego mamy mocny, metalowy wręcz "Birth Ritual", wciągający jak trzęsawiska Florydy i równie niebezpieczny jak gnieżdżące się tam aligatory. Podobnie rzecz się ma z wolnym, ciężkim jak buldożer i ociekającym testosteronem "Cold Bitch". Mnie chyba najbardziej spodobał się kawałek "Show Me", bezpretensjonalny, prosty, z przebojowym refrenem, ale i z gitarowym zadziorem.

Drugie CD to przede wszystkim sporo interesujących kowerów. Soundgarden, jak na mistrzów przystało, nie klękają przed klasyką - zabierają się do niej co prawda z szacunkiem, jednak i wyczuwalną pewnością siebie. Być może dlatego wychodzi bardzo... grungowo, jakby dźwięki te płynęły wprost z sali prób, znajdującej się gdzieś w Seattle u zarania lat 90. Nie dziwi przeróbka klasyki Black Sabbath ("Into The Void"), bo do nich przecież najczęściej Soundgarden byli porównywani. Ale już beatlesowskie "Come Together" (kiedyś świetny kower nagrali Aerosmith) i "Everybody's Got Something To Hide Except Me And My Monkey", to niekoniecznie oczywisty wybór, a jednak nieokrzesani Amerykanie ze stanu Washington dali radę w konfrontacji z twórczością angielskich dżentelmenów z Liverpoolu. Zwróciłbym też baczną uwagę na przeróbkę "Homicidal Suicidal" Budgie - brzmi to po prostu jak kawałli Soundgarden z pierwszych dwóch płyt. No i posłuchajcie garażowej i brudnej wersji "Waiting For The Sun" The Doors. Jak myślicie? Czy po jej usłyszeniu Jim Morrison wstałby ze swej kwatery na cmentarzu Père-Lachaise, by pogratulować chłopakom, czy raczej z myślą, by ich skarcić? Jak dla mnie to pierwsze.

Trzeci dysk to już trochę inna bajka. Częściowo wypełniają go ścinki/zrzynki bez ładu i składu, które chluby kapeli nie przynoszą. Można je potraktować co najwyżej jako ciekawostkę, bo to raczej rzecz dla zaciekłych dokumentalistów. Ot, niezobowiązujące brzdąkanie podczas prób. Do tego dochodzi kilka alternatywnych wersji znanych kompozycji, które też nie wnoszą niczego nowego.

Nie wymieniłem tu wszystkich piosenek, bo trzypłytowe wydawnictwo przynosi wiele interesujących utworów, ciekawostek, czasem dźwiękowych mielizn, z których trzeba wyłowić rzeczy warte uwagi. Dodam tylko, że jest tu także całkiem zgrabna, nowa piosenka ("Storm"). Jeśli ma ona wyznaczać jakiś kierunek na przyszłość, to wydaje się, że Soundgarden podążą drogą niespiesznej ewolucji, które symptomy słychać było na ostatniej płycie "King Animal". Do tego dochodzą znane już kawałki jak "Live To Rise". W sumie otrzymujemy zgrabną składankę. Każdy fan Soundgarden - i grungu w ogóle - powinien ją mieć. Osobom mniej zainteresowanym tematem można wciąż polecić wersję podstawową. Kto jednak uważa, że zejście z poziomu salonów "Superunknown" do brudnego garażu może mu nie być w smak, ten niech sobie daruje.

Paweł Lach

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 1/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
1/5 (1)
dodajdo

Komentarze

45ja

17:36, 21-11-2015 | zgłoś

Co to jest , jakieś wypociny , no tak jak się nie ma pomysłu na dobrą płytę ( ostatnia King Animal - cienizna ) to takie cos się wydaje. Kto chce posłuchać prawdziwego Soundgarden to proponuję : Superunknown z 1994 roku palce lizać.

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
24.11.2014

Wydawca:
A&M / Universal Music Polska

Lista utworów:

1. Sub Pop Rock City
2. Toy Box
3. Heretic
4. Fresh Deadly Roses
5. HIV Baby
6. Cold Bitch
7. Show Me
8. She's a Politician
9. Birth Ritual
10. She Likes Surprises
11. Kyle Petty, Son of Richard
12. Exit Stonehenge
13. Blind Dogs
14. Bleed Together
15. Black Rain
16. Live to Rise
17. Kristi
18. Storm

Informacje o wykonawcy

Soundgarden

Inne recenzje płyt wykonawcy

Soundgarden - King Animal
Soundgarden „King Animal&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Kamil Pietrzyk
Soundgarden - King Animal
Soundgarden „King Animal&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Paweł Pałasz
Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.