Dream Theater „Train of Thought”
Muzycy Dream Theater przez lata zdobyli liczne grono wiernych fanów, których przyzwyczaili do złożoności swych kompozycji, a także stylistycznego eklektyzmu. Choć grupa posiada własne, rozpoznawalne brzmienie, to każdy jej album ma własny charakter i jest nieco inaczej ukierunkowany. "Images and Words" było bardziej progresywne, "Awake" cięższe, choć niestroniące od nieszablonowych rozwiązań, "A Change of Seasons" to ukłon w stronę rockowej klasyki, "Falling Into Infinity" oprócz porcji solidnego, technicznego metalu przyniosło więcej przystępniejszej, "radiowej" muzyki. Ale chyba nigdy wcześniej nowojorski kwintet nie nagrał tak spójnego krążka jak "ToT", co zresztą może być zarówno zaletą, jak i wadą, o czym za chwilę się przekonamy.
Po wydaniu tego albumu bardzo często powtarzano opinię, że "tak grałaby dziś Metallica, gdyby utrzymała formę z najlepszych lat". To w zasadzie wszystko wyjaśnia. Jest ciężko i agresywnie jak nigdy dotąd, Petrucci co i rusz sięga po gitarę siedmiostrunową, stopa Portnoya grzmi niczym bateria dział przeciwpancernych a Jordan Rudess odchodzi (w stosunku do poprzednich wydawnictw) od fortepianu na rzecz ostrzejszych syntezatorowych brzmień. I niewątpliwie jest tu mniej niż dotąd Rush a więcej Metalliki czy Testamentu. Ale to wciąż przede wszystkm Dream Theater. Stąd mimo wszystko jeszcze bardziej niż w typowym thrashu rozbudowane utwory - finałowe "In The Name Of God" to 14 minut, które powinny nasycić nawet najbardziej wymagających miłośników instrumentalnej "pirotechniki", gdyż panowie popisują się często i gęsto, nie powielając jednak oklepanych patentów, lecz umiejętnie konstruując egzotycznie brzmiące frazy i unisona. Najbardziej "metallikowe" jest "Endless Sacrifice" z dobrze znanym schematem (o ile to słowo ma w kontekście muzyki Dream Theater sens): czysta zwrotka i potężny refren z mocnymi riffami, do tego chwytliwy refren i kolejne solówkowe szaleństwa.
Tu niestety należy się mała łyżka dziegciu - "ToT" jest pierwszą płytą, na której można momentami odnieść wrażenie, jakby muzycy zaczynali zjadać własny ogon w partiach solowych. Niektóre zagrywki Petrucciego są tak karkołomne i wymyślne, że trudno oprzeć się myśli, że powstały "na siłę", na zasadzie "co bym mógł jeszcze zagrać takiego czego nie grałem ja ani nikt przede mną". Najwyraźniej słychać to w "This Dying Soul", które kończy się długą gitarową "popisówką". Nawałnica dźwięków robi początkowo wrażenie, lecz po minucie zaczyna nieco męczyć, aż prosi się o pauzę, zwolnienie, bardziej melodyjny fragment. Nie psuje to jednak udanej, ciekawej kompozycji, będącej kontynuacją cyklu utworów Portnoya o wychodzeniu z nałogu (pierwszą częścią było "Glass Prison" z poprzedniej płyty). Zwraca uwagę zapadający w pamięć refren i zastosowany w zwrotce interesujący zabieg - LaBrie śpiewa raz "normalnym" głosem, to znów przesterowaną barwą, uzyskując efekt dialogu.
Teraz pora na chwilę zachytów. Bo wśród siedmiu dobrych kawałków znalazły się dwa wybitne. Pierwszym jest "As I Am" - thrashowy hymn, jaki chyba nie powstał od czasu "Master of Puppets". Nie przesadzam - to jest ta sama liga. Kapitalny tekst, doskonałe riffy umiejętnie podkreślane przez elektroniczne brzmienia Rudessa, zmiany dynamiki utworu, a do tego Petrucci przechodzi sam siebie w solówce. Powala brzmieniem, frazowaniem, techniką (tym razem użytą umiejętnie), ogniem bijącym z każdej nuty. Ośmielę się nazwać tę gitarową perełkę "solem stulecia", gdyż nie słyszałem żeby jakikolwiek gitarzysta metalowy nagrał w XXI wieku lepszą partię.
Drugim diamentem płyty jest "Stream of Consciousness" - długi instrumental kojarzący się nieco ze słynnym "Orionem" wiadomej formacji, lecz - uwaga, to rzadka rzecz - śmiało łączący ciężkie przestery z latynoską (sic!) melodyką. Z pozoru kuriozalne połączenie sprawdza się lepiej niż dobrze -całość brzmi naturalnie, bez jednej fałszywej nuty, tworząc nową jakość. Osobiście nie miałbym nic przeciwko kolejnym utworom w tej stylistyce w przyszłości...
Jak widać w zasadzie każdy kawałek z "ToT" ma coś ciekawego do zaoferowania, największą słabością płyty staje się więc nieoczekiwanie? nadmiar. Każdy miłośnik ciężkich brzmień posłucha poszczególnych kompozycji z przyjemnością, lecz przebrnięcie przez ponad godzinę inteligentnego i profesjonalnego, ale jednak wymiatania może okazać się trudnym zadaniem (piszę to z perspektywy człowieka, który od kilku lat trzyma plakat Petrucciego w pokoju!). Kameralne "Vacant", upchnięte chyba w charakterze przerywnika mniej więcej w środku albumu, to za mało wobec ponad godziny "ostrej jazdy". Co wobec tego? Słuchać wybiórczo, bądź z przerwami, ale słuchać, bo warto!
Jacek Podlewski


Dream Theater

(4.5)
Aktualności


Komentarze