Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Kula Shaker „K2.0”

10 Marca 2016

Jest rok 1995. Brytyjski muzyk Crispian Mills, będąc zafascynowany rock'n'rollem, psychodelią i filozofią hinduizmu, zakłada zespół i rok później wydaje razem z nim album "K". Płyta okazuje się być jednym z najlepszych dzieł lat 90., sprzedaje się jak ciepłe bułeczki i wynosi zespół na brytyjski piedestał. Skręt na Wschód, wykorzystanie tradycyjnych indyjskich instrumentów, a nawet singiel w języku sanskrytu zrobiły swoje. Ambicje zespołu wydawały się być niewyczerpane, ogólnoświatowy sukces wydawał się być kwestią czasu. Jednak dalsze losy grupy pokazały, że cały ich potencjał rozmienił się na drobne, a świat jednak nie stał przed nimi otworem.

Mija dwadzieścia lat i Mills ukazuje światu album, "K 2.0". Piąty w dorobku i trzeci po rekatywacji. Czy poprzez nawiązujący do początków tytuł, Mills próbuje nam powiedzieć, że wraca silniejszy niż kiedykolwiek? Już na otwierającym album "Infinite Sun" słychać nawiązania do singli sprzed dwudziestu lat, ale upływ czasu i wyczuwalne nastawienie na masowego słuchacza stawia numer o klasę niżej. Ale już kolejny "Holy Flame" dzięki sprytnym nawiązaniu do Blur i chwytliwemu, osadzonemu gdzieś w latach 60. refrenowi ma poważne znamiona radiowego hitu.

Dalej jest równie kolorowo. Są fantastyczne, mocno nacechowane funkiem gitarowo-basowe groovy ("Get Right Get Ready"), dodające psychodelicznego klimatu organy Hammonda, a nawet - a może w szczególności - nawiązania do country americany. Raz bardzo udane i z przytupem ("Death Of Democracy"), a raz nieco zagubione i zmanierowane ("33 Crows"). Te niczym nieskrępowane, luźne i radosne rock'n'rollowe odjazdy mieszają się z dość miałką, doktrynerską manierą lat 60., prostą melodyką, i wcale nie za często przemycanymi orientalizmami. Są fragmenty, a nawet całe utwory po prostu nijakie co czyni album nierównym.

W tym wszystkim zaskakujący wydaje się fakt nazwania tego krążka tak a nie inaczej. Z jednej strony Mills próbuje nakierować słuchacza na tory biegnące w kierunku Indii, ewidentnie puszcza oko do fanów rewelacyjnego debiutu. Z drugiej, wprawia w konsternację zawartością. Wydawać by się mogło, że album próbuje łączyć wschodnie fascynajce ze zwykłą, rockową ekspresją, ale po dokładnym zapoznaniu się z całością, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że oczy Millsa wpatrzone są mocniej w amerykański folk, trochę w Jefferson Airplane. Pozostały co prawda nieliczne, ale jednak, psychodeliczne naleciałości, ale bynajmniej nie wybijają się na pierwszy plan. Co nie jest zarzutem, bo zespół nie stał się przypadkowym niewolnikiem swej pierwszej płyty, idzie do przodu, słucha młodszych kapel i poprzez mieszaninę różnych naleciałości próbuje się wstrzelić w swoją bajkę.

Koniec końców, wyszła dobra, choć trochę nierówna płyta. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że najlepsza po reaktywacji. Tym albumem Kula Shaker próbuje powrócić do pierwszej ligi, co przy natłoku młodych, utalentowanych kapel nie będzie łatwe.

Rafał Chmura

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
12.2.2016

Wydawca:
StrangeF.O.L.K.

Lista utworów:

1. Infinite Sun
2. Holy Flame
3. Death of Democracy
4. Love B (with U)
5. Here Come My Demons
6. 33 Crows
7. Oh Mary
8. High Noon
9. Hari Bol (The Sweetest Sweet)
10. Get Right Get Ready
11. Mountain Lifter

Informacje o wykonawcy

Kula Shaker

Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.