Jeff Buckley „Grace”
Jeff Buckley - urodzony w roku 1966, syn Tima. I jak zapewne Tim był lepszym muzykiem niż ojcem, tak po Jeffie pozostała tylko (a raczej aż) muzyka. A w której z ról sprawdziłby się lepiej, tego nie dowiemy się już nigdy - Jeff zginął tragicznie w zdradliwych wodach jednej z rzek stanu Missisipi. I tak świat po raz kolejny odebrał nam jedno ze swoich niemal doskonałych dzieł. Trudno uwierzyć, że od tego smutnego wydarzenia minęło już dziesięć lat...
Mimo wszystko wiemy jedno: Jeff muzykiem był doskonałym. Cudowne dziecko świata gra teraz w Najpiękniejszej Orkiestrze Świata. W ciągu 31 lat swojego życia wydał tylko jedną płytę, ale za to jaką. Niezastąpioną "Grace". Płyta ukazała się 23 sierpnia 1994. To, co na niej zrobił Buckley raczej nie było rewolucyjne, ale rewelacyjne. I na pewno stanowiło sztukę bez precedensu w świecie, w którym właśnie dogorywał grunge. Pałeczka niesiona przez Dylana, Wellera, Waitsa, Ferry? ego i - nomen omen - Buckleya, została przejęta.
Kolejny album artysty, dwupłytowy "Sketches from my sweetheart the drunk", został dokończony przez jego przyjaciół. Samemu Jeffowi los nie pozwolił doczekać jego premiery.
Została nieoceniona "Grace".
W tym przypadku wystarczy zajrzeć do książeczki - ona mówi wszystko o płycie; muzyka jest taka jak jej główny bohater na zdjęciach. Trochę retro, trochę nie z tej bajki, trochę w innym świecie. Mocny punkt oparcia dla wszystkich romantyków.
Etykietka: sławny syn nie mniej sławnego ojca. A Jeff to człowiek, który potrafił udowodnić, że nie jest swoim ojcem. Został doceniony ze względu na talent, a nie za słynne nazwisko.
Może sprawiać wrażenie ulicznego grajka - nieśmiały głos przygrywający sobie na gitarze (początek "Mojo pin"), może dokopać mocniejszymi dźwiękami ("Eternal Life"). Jego głos może sprawiać miejscami wrażenie głosu zagubionego, nieco smutnego, nieśmiałego nastolatka. Z drugiej strony zawsze jest to głos niezgody, krzyk buntu. I nikt tak pięknie nie zdołał pogodzić tych - jak się okazuje - pozornych ambiwalencji.
"Grace" to wulkan, który zaraz wybuchnie. To apokaliptyczny erotyzm i wybujała tęsknota. To nieprzezwyciężony liryzm, który jest esencją, sensem, a nie ciężarem. To wzrastające napięcie, dynamika przechodząca w nostalgię.
Kiedy Jeff śpiewa "Hallelujah" to właśnie jemu wierzę, że love is not a victory march/ It?s a cold and it?s a broken hallelujah. Nie twórcy, Leonardowi Cohenowi, którego rezygnacja w głosie przyprawia mnie o nieciekawe myśli o bezsensie wszystkiego (no, ale może taki był zamiar) i nie Rufusowi Wainwrightowi, który na ścieżce dźwiękowej do "Shreka" zrobił z pięknego utworu popowy cukiereczek (którego mimo wszystko przyjemnie się słucha), ale Buckleyowi. To on potrafił wyciągnąć ze słów i dźwięków prawdę i nie skażone niczym piękno.
I kompozycja tytułowa - biegnąca, rwąca do przodu, spontaniczna. Nie boję się użyć słowa genialna.
W każdy utworze z tej płyty jest coś, co sprawia, że wydaje się, że artysta śpiewa po raz ostatni w życiu. W pozornym niedbalstwie jest dziwnie wielka nabożność, pasja, cześć. Hołd składany swoim inspiracjom i słuchaczom.
Wierność - to słowo przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Jeffie Buckleyu. Wierność sobie, muzycznym ideałom, muzyce, ludziom, dla których tworzył.
Dzięki "Grace" stał się nieśmiertelny. Nie każdemu dana została taka łaska.
... born again from the rhythm screaming down from heaven?
Ewa Chowańska


Jeff Buckley
Aktualności


Komentarze