Marillion „Seasons End”
Będę się upierać przy swoim ? to jest debiutancka płyta Marillion. Debiut w 1989 roku? Owszem. Debiut drugiego Marillion. Wielbiciele Fisha, pierwszego wokalisty zespołu, mówią, że to już nie to samo. To prawda. Nie można powiedzieć inaczej. Zmiana wokalisty, jakby na to nie patrzeć, jest zmianą zasadniczą. Od takich preferencji zależy, który zespół uznamy za lepszy. Jest jeszcze inne wyjście: pogodzić się ze zmianą i przyjąć nowe z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dla mnie to dwa różne zespoły pod tą samą nazwą. Fish nagrywa solo, a Hogarth pewnie marnowałby się (nie tyle artystycznie, co komercyjnie) śpiewając dla mniejszej publiczności.
Ta płyta niesamowicie mnie wzrusza. W całość wprowadza bajkowy klawisz i pulsująca linia basu. A potem gitara i głos mówiący o mieście zachodzącego słońca. Oto narodziny nowego świata.
Na pewno nie jest to już ten sam Marillion. Może to już w ogóle nie jest Marillion. Tracąc jedną osobowość, zdobyli inną. Owszem, żal po Fishu został jak blizna po matce, ale jak to mówią mądrzy ludzie ? wszystko ma swój początek i koniec. A jak pisał Poeta - "dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba".
Tomasz Beksiński pisał ("Magazyn Muzyczny", nr 3, 1990): "Akwarium pozostało puste, gdyż Ryba wypłynęła na szerokie wody". Pozwolę sobie nie zgodzić się z moim mentorem. Które wody były tak naprawdę szersze, to już zależy od punktu widzenia Fisha i jego fanów. Według mnie pustka w akwarium się wypełniła.
"Niezły głos" to za mało powiedziane. Bo o ile potęga Fisha to rzeczywiście jego teksty, to potęgą Hoggy?ego jest jego głos. Głos, który piękne, poetyckie, czasem banalne, ale zawsze ? podkreślam! ? inne teksty wyśpiewuje ta, jakby były to ostatnie słowa jego życia. A kto nie wierzy, niech się wybierze na koncert. Zawsze coś za coś.
Muzycznie to płyta bardzo... ładna. Bajkowa, nieco senna, snująca się. Bardzo przestrzenna, z wiatrem we włosach. Niesamowicie delikatna w całej swej potędze. "Seasons End" i "The Space..." są jednymi z tych utworów, za które dałabym się pokroić żywcem. Hogarth przekazuje bardzo proste prawdy w sposób godny mędrca (urzekająco ? porywające "Easter" i wspomniane "Sasons End"). Jest wykop w postaci "Uninvited Guest". I są nawet przeboje (gdzie tam im do "Keyliegh", ale obiecałam sobie, że porównań nie będzie, więc pokornie gryzę się w język). Weźmy choćby takie "Hooks in You": oderwane od całości wcale nie pasuje do Marillion, ale w kontekście całej płyty jest radosnym skokiem przed morderczym wystrzeleniem w Przestrzeń.
Powalający z nóg debiut ? nie debiut.
Ewa Chowańska


Marillion



Aktualności


Komentarze