Millenium „Numbers and the big dream of mr Sunders”
Czy śniły Wam się kiedyś, drodzy czytelnicy, numery, wygrywające loterię? Nie? Nie szkodzi, mi też nie. Ale Johnowi Sundersowi, typowemu amerykańskiemu urzędnikowi, się śniło...
Tak zaczyna się fabuła najnowszej płyty krakowskiego Millenium, grupy działającej na rynku muzycznym od 1999 roku. Szósta pełnowymiarowa płyta w ich dorobku jest zamknięciem trylogii trzech braci, poznanych wcześniej na płytach Vocanda i Interdead. Ale czy słowo fabuła jest adekwatne do płyty muzycznej? W tym przypadku jak najbardziej. Mamy tu bowiem do czynienia z idealnym albumem koncepcyjnym.
Płyta zaczyna się od tykania zegarka i słów ?What dreams? What numbers? 6-2-11-0-3-11... I know!". Potem dźwięki gitary elektrycznej unoszą nas w bajkową podróż wśród pięknych nut i mądrych słów.
Muzyka zawarta na tej płycie to najlepsze połączenie elementów charakterystycznych dla późnego Pink Floyd, Porcupine Tree, Marillion... Wszystko to razem wzięte tworzy bogatą muzyczną przestrzeń, pęłną solówek, zmian tempa, często pojawiają się też aranżacyjne sztuczki (subtelne echo, efekty gitarowe, drobne przestery). Dzięki temu, te stosunkowo długie utwory w ogóle się nie nudzą, a słuchanie ich jest przyjemne.
Duże bogactwo kompozycji jest ryzykowne, łatwo bowiem przesadzić i spowodować, że płyta będzie zbyt eklektyczna, a w rezultacie fatalna w odbiorze. Na tej płycie udało się jednak tego uniknąć i muzyka gładko wpada w ucho. Wspomniałem o wzajemnym przenikaniu się utworów, co podkreśla koncepcyjny i progresywny charakter płyty. Przerwy między utworami nie istnieją, co dodatkowo ułatwia słuchanie płyty. Wprawne ucho rozróżni granice między kawałkami, ale takie słuchanie wymaga poświęcenia uwagi. Tym lepiej dla płyty - mniejsza szansa, że tylko ?przeleci" ona przez umysł słuchacza, nie zagrzewając w nim miejsca.
Jeśliby jednak tak się stało - szkoda, bo przegapi się to, co na tej płycie najistotniejsze, czyli teksty. Nie są to, rzecz jasna, banalne opowiastki o 7-milowych butach, 7 lasach, paskudnych ograch, i gadających niedźwiedziach (sorry, misiach). Teksty na Numbers... tworzą zamkniętą opowieść, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Nie będę opowiadał całej historii, skupię się na początku, kiedy to John Sunders słyszy we śnie pewne liczby. Następnego dnia kupuje los na loterii, oznaczony właśnie tymi liczbami i wygrywa okrągłe 10 milionów. Jak się okazuje jest to świetny sposób na spełnienie marzeń. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy - teksty opowiadają o marzeniach milionów ludzi - sławie, władzy, wycieczce w nieznane. I co więcej, nie są bezrefleksyjne - skłaniają uważnego słuchacza do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę kryje się za tymi pięknymi hasłami. A zakończenie całej historii... nie powiem ani słowa, żeby nie załagodzić apetytów na tą płytę. ;)
Mówiąc krótko, Numbers and the big dream of mr Sunders to kawałek dobrze zrobionego rocka progresywnego, wzbogaconego o świetnie napisane teksty i znakomitą produkcję. Doceniam tą płytę wielce, jednak - jako zwolennik nieco trudniejszej odmiany prog-rocka - nie mogę powiedzieć, że powala mnie na kolana. Dla wielu uszu, nieprzyzwyczajonych do rasowego, progresywnego grania, Millenium zaprezentuje się jako ambitna, zdolna kapela i bardzo dobrze, bo to prawda. Posiadacze bardziej wysublimowanych gustów jednak powiedzą, że brakuje tej muzyce pewnej aury geniuszu, jaka otaczała np wczesne albumy Pink Floyd, wiele płyt YES, czy wszystkie płyty King Crimson. Słucha się tego naprawdę przyjemnie, ale jest to jednak ta ułagodzona forma art-rocka.
Ocena: Nie ulega wątpliwości, że chłopaki się postarali i zrobili dobrą robotę. Nie jest to, niestety, mistrzostwo.
Michał Błaszczyk


Millenium
Aktualności


Komentarze