Muse „Absolution”
Kolejna płyta z rodzaju tych "rewelacyjna okładka, trzy świetne utwory, kompozycyjny dramat". Bo rzeczywiście, obrazek wygląda naprawdę zachęcająco (autorstwa człowieka-ikony sztuki ilustracji Storma Thorgersona), trzy muzyczne strzały, a reszta... Szkoda gadać...
Zaczynają z wielką pompą i mocnym wykopem. Najpierw podniosłe intro - dudniące bębny nadające rytm marszowego kroku - i następujący po nim niezły ciężki Apocalypse Please. I pierwszy strzał. The Time Is Running Out. Świetny singiel, zagrany z prawie że hardcore'owym czadem, rozkręcający się miarowo, niosący jakąś tajemnicę i wybuchający w rewelacyjnym refrenie. Natomiast z resztą kompozycji to jest już na zmianę. Prawdziwa artyleria, patetyczny fortepian, organy i po chwili wszystko się ze sobą miesza. Organy z hardcore'm? Bez komentarza.
Spośród jedenastu utworów trzy nadają się do słuchania. Całkiem znośny Falling Away With You, rewelacyjna, lekko transowa Histeria (trzeci singiel i drugi strzał), która jest także rewelacyjnie przearanżowaną zżynką z Just Because Jane's Addiction i Butterflies &Hurricanes (strzał numer trzy), gdzie chyba jedyny raz zdarzyło się, aby fortepianowy patos i elektroniczne ozdobniki (struktura symfonii oświeceniowej!) tak wpasowały się do mocnej kompozycji ze skutkiem całkowicie pozytywnym.
Reasumując, po pierwsze - Matt Bellamy śpiewać potrafi i nawet nie przeszkadza, że nadal ma naleciałości Thoma Yorke'a, Jeffa Buckleya i histeryczną manierę. Po drugie, sekcja gra dobrze, w kilku momentach nawet świetnie (vide dwa ostatnie single). Po trzecie, pomysły na utwory panowie mają nietuzinkowe i często trafiają w dziesiątkę. Tylko dlaczego, dlaczego, dlaczego Absolution jest całkowicie odarty z emocji i tak cholernie płaski? Całkowita deska. Coraz głośniejsze fortepianowe akordy? Coraz głośniej pojękujący wokalista? Czy to ma wyrazić niepokój, namiętność, melancholię, COKOLWIEK?
To w końcu jakie jest to Absolution? Średnie.
Aleksander "Malkavian" Stępień


Muse
Aktualności


Komentarze