Myslovitz „Skalary, mieczyki, neonki”
Jakby Wam tu opisać stylistykę nowej płyty Myslovitz...? Kojarzycie takie ich piosenki, jak "Peggy Brown", "Scenariusz dla moich sąsiadów", "Acidland", czy "Miłość w czasach popkultury"? Tak? To świetnie... bo "Skalary, mieczyki, neonki" to ZUPEŁNIE inna bajka. Tym razem Myslovitz odkryło progresywną i psychodeliczną stronę swojej muzycznej wrażliwości. Dla jednych nowy album to ogromny szok i brak zrozumienia, dla innych (w tym i dla mnie) potwierdzenie klasy zespołu, który pokazał, jak dobrze odnajduje się w tej, tak bardzo dziś zapomnianej, konwencji. Ze względu zaś na tę pierwszą grupę, zespół zrezygnował z intensywnych zabiegów promocyjnych. Bo jak powiedział Przemek Myszor - "ja chcę, żeby kupili tę płytę tylko ci, którzy naprawdę tego chcą, a nie ci, którym zostało to wmówione (...) nie chcę, żeby ktoś powiedział, że jak kupił tę płytę, to rzygał później przez tydzień".
Jednak bez obaw - dla tych, dla których konwencja o której wspomniałem nie jest obca, płyta "Skalary, mieczyki, neonki" nie powinna powodować nawet mdłości - a wręcz przeciwnie - będzie przedmiotem artystycznej uczty. Już na wstępie należą się grupie gratulacje za odwagę, że zdecydowała się wydać tak ambitny, ale co za tym idzie, trudny w odbiorze materiał. Gdyby trzeba było zakwalifikować go do jakiegoś gatunku, to umieściłbym go w połowie drogi między rockiem progresywnym z silnie zarysowanymi inspiracjami psychodelicznymi, a ambientem.
Kompozycja tytułowa została rozbita na 3 części, choć z pewnością nie ona stanowi sedna albumu. Jest za to jednym z nielicznych elementów wpływających dodatnio na spójność płyty. Bo to właśnie jej brak jest moim głównym zarzutem w stosunku do tego materiału. Jak wiadomo powstał on przy okazji sesji nagraniowej do "Korova Milky Bar", ale ze względu na swoją odmienność dopiero teraz doczekał się wydania. 70 minut zostało wybrane z 7 godzin muzyki bez większego skupienia się nad wizją spójnej całości. Dlatego mamy tu 14 utworów o podobnym brzemieniu, pozornie pasujących do siebie, ale jak na płytę w tej konwencji, zdecydowanie zbyt mało połączonych, wynikających z siebie wzajemnie.
Na uwagę zasługuje z pewnością "Theme from road movie", który ze względu na ciągnący się w nieskończoność motyw przewodni nazwałbym bardzo udaną spokojną psychodelią. Również "Man on the machine" nie pozwala przejść obok siebie obojętnie - gdyby nie to, że stopniowo nabiera tempa, to nie tylko ze względu na tytuł, uzasadnione byłyby porównania do "Welcome to the machine" Pink Floyd. Numer cztery na płycie to singiel "Życie to surfing", choć z przebojem w rozumieniu dzisiejszych radiowców nie ma nic wspólnego. Jest to jedna z 4 kompozycji, które doczekały się na tej płycie tekstu. I to właśnie powtarzające się w refrenie "Wstawaj - życie to surfing, więc nie bój się fal", jako przesłanie oddziałuje na mnie niczym "Don't give up" Petera Garbiela - choć przecież brzmienie zupełnie inne, ale jakże podobny spokój, delikatność podkładu i snujące się zdanie pokrzepienia.
W roli singla bardziej widziałbym utwór "Czerwony notes, błękitny prochowiec" - mój bezwzględny faworyt z tej płyty. Mimo brzmienia złożonego z przynajmniej kilku niemalże niezależnych motywów, przeplatających się wzajemnie, nie zatraca on swojej błogości i minimalizmu. A to chyba dzięki wokalowi Rojka, bo chyba nikt inny nie potrafiłby zaśpiewać tak delikatnie i z takim przejęciem tego smutnego, nostalgicznego tekstu, który jest spojrzeniem we własną przeszłość i gorzkim podsumowaniem tego co z niej pozostało.
"Beastie fish" to absolutnie fenomenalny motyw basu (który powstał wydawać by się mogło w wyniku inspiracji grą Mariusza Dudy z Riverside), na którym stopniowo buduje się dość złożona kompozycja, która jednak przy końcu zwalnia, a ów motyw cichnie. Utwóry "W sieci" i "Death of the cocaijne dancer" chyba najbardziej przypominają na tej płycie tradycyjne gitarowe granie oparte jedynie o progresywne zacięcie. Ponadto ten drugi wyróżnia się niezwykle udanym riffem.
Płytę zamyka "Marie minn restaurant", które utrzymane jest w podobnej tonacji co "Czerwony notes, błękitny prochowiec" i choć może nie jest tak genialne, ale z pewnością bardo udane. Z resztą jak i cała płyta, która zrobiła na mnie bardzo dobre, wręcz fenomenalne wrażenie. Śmiem twierdzić, że podobnie zareagują bez mała wszyscy Ci, którym odpowiada nawiązanie do stylistyki alternatywnego grania z przełomu lat 60-tych i 70-tych, podane w uwspółcześnionym nieco zelektronizowanym opakowaniu. Dla mnie istotne jest to, że wyjątkowe brzmienie nie jest tu celem samym w sobie, ale kompozycje są poparte także innymi, mocnymi argumentami. Gdyby tylko materiał ten był bardziej spójny, to byłaby to jedna z najpiękniejszych polskich muzycznych pereł początku XXI wieku. A tak, "tylko" 5/6.
Bartłomiej "Eternus" Biga


Myslovitz


Aktualności


Komentarze