Opeth „Deliverance”
Od początku swojego istnienia Opeth wypracowywał sobie własny styl, charakterystyczny tylko dla tej skandynawskiej formacji. Momentem przełomowym stał się dla grupy album Blackwater Park oraz współpraca ze Stevenem Wilsonem (Torcupine Tree), który nadał ostateczny kształt aktualnej muzyce Opeth. Deliverance jest kontynuacja drogi obranej na Blackwater Park...
Album ten to część pierwsza wydawnictwa, którego kontynuacja będzie Damnation. Materiał na obie płyty powstał w czasie tej samej sesji nagraniowej z ta jednak różnicą, że utwory na Damnation zostały "oszlifowane" kilka tygodni później. Krążek, który teraz staram się Wam przybliżyć ma być tą ostrzejszą stroną albumu Deliverance - Damnation.
Deliverance jest albumem niesamowicie różnorodnym z kompozycjami zbudowanymi z części na pozór zupełnie niepasującymi do siebie a jednak doskonale ze sobą współżyjącymi. Tak te utwory żyją! Zawierają wręcz niespotykaną dawkę energii i emocji. Energii charakterystycznej dla death metalowych produkcji i emocji, których doświadczyć możemy słuchając rocka progresywnego.
A więc jak to jest...
Słuchając płyty wpadamy w lekki trans zafascynowani delikatnymi dźwiękami gitary akustycznej bądź zaledwie słyszalnymi partiami klawiszy, by za chwile przebudzić się ze strachem wmalowanym w naszą twarz - Opeth znów zmieniło swoje oblicze, daje nam solidnego kopa zadanego przez potężne dźwięki gitary, których ciężar jeszcze długo czuć na pośladkach...
Opeth to mistrzowie kontrastu i wspaniali malarze. Ich muzyka to dzieła wzbudzające zachwyt i wywołujące strach.
Mamy tu rozbudowane heavy metalowe solówki, którym towarzyszą ciężkie blackowe riffy. Muzyka, jaką prezentuje nam zespół jest jednocześnie piękna i brutalna... Opeth potrafi powalić na kolana ciężarem swojej muzyki i jednocześnie zachwycić swoim pięknem.
Niewątpliwie ten album to nie tylko kontynuacja Blackwater Park a wręcz przedłużenie tamtego krążka z tą jednak różnicą, że wpływy lidera Torcupine Tree są tu jeszcze bardziej widoczne. Człowiek ten nie ograniczył się wyłącznie do produkcji albumu. Steven zaśpiewał w chórkach, zagrał na gitarze i obsługiwał nawet melotron.
Nie ma co ukrywać Deliverance nie jest albumem łatwym w odbiorze. To nie jest krążek który można puścić sobie podczas wykonywania pracy, jak tło dla innych zajęć. Aby odkryć prawdziwe piękno tego wydawnictwa trzeba usiąść, skupić się i pomyśleć...
Mariusz "Consus" Kabała


Opeth

(4)
Aktualności


Komentarze
17:52, 28-06-2011 | zgłoś
Opeth od zawsze grali raz "brzydko" raz "ładnie", fajne melodie i brutalniejsze riffy, na przemian. Deliverance to "zły" braciszek "dobrej" siostrzyczki "Damnation" - niestety jak na kanony death metalu nudny do bólu. W dodatku trochę oszukany, bo w założeniu miał być tą ciemną stroną dwupłytowego projektu wydanego w małych odstępach czasu jako dwie różne płyty - więc skąd na nim "A Fair Judgement" - czyli pościelówa hę?nie lepiej było to wydać jako składak. Nie wiem jak jest teraz, ale ja to kupiłem w momencie premiery i zapłaciłem za dwa krążki oddzielnie.