Panic! At The Disco „A Fever You Can't Sweat Out”
Jaka jest recepta na sukces dla muzyków wywodzących się z okolic Las Vegas? Połączyć niemodne stare dźwięki z elektroniką. A najlepiej wszystko zacząć od internetowych kontaktów z wokalistą i obowiązkowo pochodzić z rodzin targanych ogromem konfliktów. No i jeszcze inspirować się dźwiękami Blink 182. I jeśli, jak mawiają prawnicy, "wszystkie te warunki zostaną kumulatywnie spełnione", można u progu dorosłości, w wieku 18 lat, sprzedać milion płyt i wedrzeć się do drugiej dziesiątki nieustannie prestiżowego zestawienia Billboard 200. Zapomniałbym jeszcze o jednym - koniecznie trzeba się nazywać Panic! At The Disco. Płytę zaś dobrze jest zatytułować: "A Fever You Can't Sweat Out". Proste... nieprawdaż?
Ich ekspresja przywodzi mi na myśl skojarzenia z Franz Ferdinand (acz mam wrażenie, że jestem w tym odosobniony). Choć w razie potrzeby byłobym wstanie bronić tego spostrzeżenia. Nie zmienia to jednak faktu, że środowisko muzyczne w Stanach przykleiło im etykietę pop-punk. Choć dla mnie jest to bez mała oksymoron - bo punk w każdej swojej odmianie powinien walczyć z popem - jako narzędziem systemu, a nie może się z nim asymilować. Ale nie w przypadku Panic! At The Disco. Co więcej niektórzy wpisują ich w wielki nurt odradzającego się punk-rocka (o dziwo - nie należy tego mylić z neo-punkiem).
Zatem może najlepiej byłoby przyjąć, że zespół wpisuje się w stylistykę "emo" - czyli mówiąc w dużym skrócie - połączenie nowoczesnego punku z indie-rockiem w duchu autentycznych emocji? Bo faktycznie - elektronika na "A Fever You Can't Sweat Out" jest nienachalna, kompozycje dość zróżnicowane, gitary dynamiczne, a śpiew równie melodyjny, co szalony. Lecz z tą teorią nie zgadza dość silne akcentowanie starych patentów muzycznych, do czego zresztą ochoczo przyznają się sami muzycy. Z inspiracjami nieodżałowaną grupą Queen na czele. Choć nie sądzę żeby Freddie Mercury chciał nimi wystąpić.
Z jednej strony zespół ma w repertuarze kilka niesamowicie przebojowych kawałków, jak choćby "London Beckoned Songs About Money Written By Machines", z drugiej zaś alternatywne do bólu "Intermission" - które z ordynarnego disco, szybko przechodzi w odważnie zinterpretowaną muzykę poważną. Ale i jedno i drugie oblicze wypada przekonywująco i autentycznie. A niektórych pomysłów nie powstydziłby się nawet Robert Fripp.
Chyba najmocniejszym punktem płyty są intrygujące brzemieniem motywy przeplatające sedno wielu kompozycji. Bo choć same melodie są przemyślane i sympatyczne, to podobne pochwały można kierować pod adresem stosunkowo sporej liczby młodych kapel z kręgów (prawie) alternatywnego rocka. Zaś wspomniane zaskakujące motywy nie dość, że są wręcz niepowtarzalne, to jeszcze świadczą o niespotykanej w tak młodym wieku dojrzałości muzycznej Panic! At The Disco.
Bartłomiej "Eternus" Biga


Panic! At The Disco
Aktualności


Komentarze