PJ Harvey „White chalk”
PJ Harvey jest jedną z tych artystek, których każda płyta staje się artystycznym wydarzeniem. Każda jest oczekiwana. A gdy się ukaże rzadko zawodzi. O każdej się mówi głośno i wyraźnie.
U Polly każda płyta jest w zasadzie i inna, i taka sama. Każda naznaczona jej piętnem, każda perfekcyjna, piękna. Ósmy studyjny album wokalistki utwierdził mnie w przekonaniu, e najcudowniejsze dzieła sztuki (tak, tak) rodzą się w piekielnych mękach psycho - fizycznej egzystencji na najlepszym z możliwych światów. Tak naprawdę to to, co negatywne i pesymistyczne napędza twórczość artysty.
Na "White Chalk" granice zostały przekroczone. W pewnym poczytnym piśmie artystycznym Pani recenzentka napisała nawet, że to, co się znalazło na tym krążku to "rosyjska melancholia, z drużyna dusz miotanych wiatrem po stepie".
Przede wszystkim jest to płyta bardzo ascetyczna; zbudowana głownie tylko na dźwiękach pianina i charakterystycznym głosie PJ. Album oszczędny, minimalistyczny. Album osiągnięty jakby ostatnią resztką sił. To pianino zdeterminowało nastrój. Wszystko to nieuchronnie kojarzy się ze smutkiem. Zniknęła zadziorność, gniew, pretensje do świata. Została muzyczna pustynia. Ale jakże piękna.
Zostawcie mnie, mówi Polly, dam wam tylko tyle, ile sama zechcę. Czy artyści specjalnie wydają takie płyty, kiedy w naszym kraju - raju robi się szaro, zimno i źle? Do tego mało rozbuchana oprawa graficzna i kartonik zamiast książeczki. Oto Polly. Nie PJ, nie Polly Jean, ale Polly. Nie mieszkanka Nowego Jorku, nie obywatelka świata, nie świadoma swojej kobiecości silna babka. To Polly - mała, drobna, skulona w sobie dziewczynka. Ewentualnie wiktoriańska dama lub infantka jak z obrazu Velazqueza - mała, samotna, zagubiona. Sama artystka zresztą przyznała, ze teksty były pisane jakby z punktu widzenia dziecka.
Jeśli otwierający płytę "The Devil" mógłby pojawić się na "Is his desie?", to takie "Grow, Grow, Grow", "To Talk to You" czy "The Mountain" znajdują miejsce tylko tu - pośród towarzystwa ośmiu innych, desperacko nostalgicznych arcydziełek o miłości, tęsknocie, relacjach międzyludzkich, dzieciństwie. Gdzie się podziała bezkompromisowość "Uh Huh Her"? Gdzie się podziała siła i radość "Stories from the City, Stories from the Sea"? Gdzie są teraz Angelene, Joy, Elise i ekshibicjonistka Sheela?
"White Chalk" jest perfekcyjnie melancholijna. Kto tak pięknie potrafi zapytać: Czy mi wybaczysz? ("Broken Harp") lub wyznać: Jestem tak samotna ("To Talk to You")? Tylko Polly. Czego się nie tknie, jakiegokolwiek tematu nie podejmie - natychmiast zamienia się w zloto. I wtóruje jej w tym producencki duet marzeń: John Parish i Flood, urzeczeni tą skromnością i prostotą.
Co ciekawe, ta płyta nie przytłacza smutkiem, nie drażni, nie dotyka tych najczulszych strun. To raczej jak rozmowa z przyjaciółką, z którą dzielimy podobne doświadczenia; z przyjaciółka, która poklepie po ramieniu. Muzyka deszczu i słońca; sprawdzająca się w każdych warunkach pogodowo - nastrojowych. Muzyka, która wciąga, oplata i nie odpuszcza.
Muzyka prosto z trzewi.
Ewa Chowańska


PJ Harvey
Aktualności


Komentarze