Placebo „Sleeping With Ghosts”
Był taki moment w którym dopiero uczyłem się dziennikarskiego rzemiosła. I zasłuchiwałem się w audycjach pewnego znanego "alternatywnego" prezentera radiowego. Prawie codziennie miało miejsce składanie hołdów złotemu cielcowi... eee, znaczy się odbiornikowi radiowemu. W tym własnie okresie mojego życia miałem przyjemność usłyszeć premierowo The Bitter End. Potem zdobyłem całą płytę. "Yeah, I'm so fuckin' alternative". I zdarzyło się coś niesamowitego. Napisałem recenzję. To wersja sprzed ponad roku. Nawet jakąś nagrodę w pewnym znanym portalu internetowym za nią dostałem... Ech, swoją drogą, jak mozna dostać nagrodę za taki badziew?
Wiele się spodziewałem po nowej płycie Placebo. Przeliczyłem się. Brian Molko i spółka tym razem się nie spisali. Dają nam 12 piosenek o ciemnej stronie miłości, z których większość już gdzieś słyszeliśmy. Niestety. Ale początku jednak można odnieść zupełnie inne wrażenie. Zaczyna się naprawdę niesamowicie. Pierwsze 140 sekund to istna ściana dźwięku. Myśl - "Będzie głośno". Rozkecająca się gitarowa rzeźnia. Drugi utwór nieco bardziej wysublimowany, trochę elektroniki, szmery, piskliwe beaty, robi się transowo. Podobnie This picture. Świetny refren, a w tle samplery na przemian z "ułańskimi" gitarami. Piosenka tytułowa ? bardzo spokojna, z dużą dawką fortepianu. Dalej singlowy The bitter end ? szybki, mocny, bez wytchnienia. Trzy minuty potężnego uderzenia. A potem jest dramatycznie nierówno.
Something Rotten to jedno wielkie nieporozumienie. Pięć minut psychodelicznego bełkotu splecionego z solówkami na kieliszkach i chorą perkusją. Plasticine to nagranie spóźnione o jakieś trzy lata. Powinno się znaleźć na Black Market Music, ale nie tu. Po kilku odsłuchach odnosi się wrażenie, że to nieudana kopia Haemoglobin, o ile można powiedzieć, że ten kawałek był udany. Całe szczęście, że chociaż na kilka minut robi się magicznie. Special Needs. Klasyczne Placebo, ciekawy podkład, trochę gitar, w tle szelesty, szumy. Niesamowity fortepian. Druga świetna ballada.
Kolejne trzy i pół minuty to wyraźny ukłon w stronę możliwości wokalnych Briana Molko. Nareszcie słychać go wyraźnie, bez vocoderów i innych cudeniek. Dudniąca basowa figura, syntetyczna perkusja i tekst sprowadzający się do deklamowania "I?ll be your father, I?ll be your mother, I?ll be yours". Second Sight to może nie pomyłka, ale w każdym razie pozostawia wiele do życzenia. Dochodzimy do finału. Nachalny walczyk, który musi urwać się w pół taktu i w którym ze sto razy usłyszymy tytułowy zwrot. Chwyta, oj chwyta. Płytę zamyka fortepianowy Centrefolds. Kopanie zdechłej krowy. Przed Burger Queen był WIELKI My Sweet Prince, ten cudowny sample w Peeping Tom wbijał w ścianę i wypruwał flaki. A tu? Cośtam zostaje... COŚTAM.
Szkoda mi Sleeping with ghosts. Zaczyna się tak pięknie, a kończy kompletnie bez wyrazu. Brian mówił, że będzie to płyta romantyczna. Ale romantycy muzyki rockowej stają się zagrożonym gatunkiem, a grupa Placebo jeszcze dobija kolejne ocalałe jednostki...
Co za patos... Jezu, minęło ponad póltora roku, w marcu 2005 będą już dwa lata od wydania. Ale jakoś niewiele się zmieniło w moim poglądzie na temat Sleeping With Ghosts. Żeby się nią podniecać, to trzeba być łasym na ploty o szalonych orgiach Briana Molko dziennikarzem NME. Poza kilkowa świetnymi kompozycjami i pomysłami, to średniak. Plany były ambitne. Połączenie garażowej elektroniki i gitarowego jazgotu. Próba pogodzenia fascynacji Sonic Youth z miłością do Primal Scream. Raz im się to udało - w jednym utworze, w Taste In Men. Tym razem nie wyszło. Tę płytę zarżnęła pseudo-awangarda. Pogrążeni w żalu i smutku zawiadamiamy o muzycznej agonii zespołu Placebo. Mimo tego, dam te 3,5 na 5. Mimo, że otrzymałem produkt, który nie ma w sobie ani krzty głębi, to doskonale mami opakowaniem...
Aleksander "Malkavian" Stępień


Placebo
(4)
Aktualności


Komentarze