Porter Band „Helicopters”
O debiutanckim LP Porter Bandu mówi się dziś głównie jako o początku nowoczesnego rocka w Polsce. Jest to więc album ważny i poniekąd przełomowy, a albumy ważne i przełomowe dzielą się na te, które po latach nie przestają się podobać, i na te, które pozbawione "historycznego" znaczenia zwyczajnie trącą myszką. Na szczęście "Helicopters" to zdecydowanie ta pierwsza kategoria.
Zespołowi charyzmatycznego Walijczyka udała się tu rzadka sztuka - czerpią garściami ze sprawdzonych zachodnich wzorców (tytułowy utwór brzmi jak żywcem wyjęty z dyskografii Thin Lizzy), zachowując jednak oryginalne brzmienie i świeżość. Duża w tym zasługa samego Portera, autora zdecydowanej większości materiału, któremu udało się stworzyć zestaw naprawdę świetnych, przebojowych kompozycji z ciekawymi tekstami. Powstała muzyka zadziorna, dynamiczna i przykuwająca uwagę. "Ain't Got My Music" czy "I'm Just A Singer" przetrwały próbę czasu i do dziś rozgrzewają słuchaczy na koncertach. Idealnie w całość wkomponowuje się piękne "Life" z delikatnymi solówkami basu i gitary slide, które z jednej strony stanowi przeciwwagę dla ostrzejszych numerów, z drugiej, z racji długości i umiejscowienia "w środku stawki" wyrasta na centralny utwór płyty. Ale prawdziwy "strzał między oczy" Porter z kolegami zostawili na koniec. "Newyorkcity" w czterech minutach zawiera wszystko, co rockowy szlagier mieć powinien - motoryczny rytm, agresywny śpiew, błyskotliwe gitarowe wstawki, chwilę "zatrzymania akcji" z budującym napięcie krótkim parlando i finałową eksplozję. Godne zamknięcie świetnego albumu. Tak przynajmniej było z winylem w 1980 roku. Wersja CD przynosi aż cztery dodatkowe utwory, z których najciekawszym jest niewątpliwie monumentalny "Fixin'" kojarzący się tak samo z gershwinowskim "Summertime" co z epickimi bluesami Led Zeppelin. "Freeze Everybody" to wdzięczny, choć mało odkrywczy rock and roll, w "Brave Gun" zasługuje na uwagę bardzo dobre solo gitary, "Aggression" nie wyróżnia się niczym szczególnym ale bynajmniej nie odstaje od całości. Odrzucone w oryginalnej wersji utwory stały się po latach świetnym uzupełnieniem pierwotnego zestawu.
O ile kompozycje Portera w niczym nie odstają od czołówki ówczesnego rockowego świata, o tyle nie można tego samego powiedzieć o produkcji, za co winą obarczyć można zarówno peerelowskie możliwości sprzętowe, jak i konieczność nagrania całości w trzy dni na przysłowiową "setkę", z nielicznymi tylko nakładkami. Te ograniczenia mają jednak pewien plus - wymusiły na zespole zastosowanie oszczędnych, nie zakłócających wymowy utworów aranżacji. Gdy na Zachodzie Mark Knopfler wprowadzał do nagrań coraz bardziej rozbudowane instrumentarium, a Van Halen, Pink Floyd czy Queen prześcigali się w nowatorskich rozwiązaniach brzmieniowych, w Polsce Porter Band zaproponował granie oszczędne i stosunkowo proste, ale nie prymitywne na punkową modłę. Solidna sekcja rytmiczna trzyma groove i ma niemały wkład w przystępność całości, a lider naprawdę dobrze śpiewa we wszystkich utworach, braki głosowe nadrabiając pomysłowymi interpretacjami ("Garage") czy uciekając się do genialnych w swej prostocie onomatopei ("Ain't Got My Music", "Refill"). Najbardziej chimerycznym muzykiem składu jest na "Helicopters" gitarzysta Alek Mrożek, jednak obok kilku wtórnych i przeciętnych partii słyszymy w jego wykonaniu m.in. interesujące wycieczki w rejony bliskie melodyce Carlosa Santany. Mimo drobnych braków produkcyjnych czy warsztatowych debiut Porter Bandu zachował oryginalność i świeżość i godnie przetrwał upływ lat. Dziś to nie tylko lekcja rockowej historii, lecz przede wszystkim w dalszym ciągu znakomita muzyka.
Jacek Podlewski


Porter Band
Aktualności


Komentarze
23:57, 03-07-2011 | zgłoś
Najlepsza płyta w polskiej muzyce rockowej. Z całym szacunkiem dla śpiewających po polsku.