Razorlight „Up All Night”
Na naprawdę słabe i przewidywalne płyty potrzeba około półtora tysiąca znaków. Dlatego będzie krótko. Dostaliśmy kolejny "wybitny" debiut, kolejny "wielki" zespół (według New Musical Express). Taa, czternaście (w wersji za-ocean dwanaście) nijakich utworów z Von Bondies'owym wokalem, Strokes'ową sekcją i, tu nowość, rozklekotanym fortepianem. Pojęcia nie mam, jaką wizję mają przywoływać wojaże po pięciu klawiszach. Patrząc na ideowy program chłopczyków pewnie chodzi o spointowanie opowieści o beznadziei, czymś tam, dziewczynach, czymś tam jeszcze i rock'n'rollu. Można się tylko załamać słuchając takich brednie. Miałem jednoznaczne skojarzenie: "siedzę sobie przy fortepianie i jestem smutny, świat jest beznadziejny, ale moi kumple są spoko, bo wycinają na gitarkach, perce i basie fajne melodyjki, a ja śpiewam niepokorne teksty. Jesteśmy bossami. Prawdziwymi masta! Zbawicielami ROCKA!!!" (demoniczny śmiech). No, wystarczy teraz napisać teksty w rodzaju "dragi eksplodują mi w głowie / la la la / jestem bogiem rocka / który może wszystko / świat jest zły / ale jesteśmy my / la la la". Spokojnie, na muzyczny ogień się nie nastawiajcie, bo produkcyjnie Up All Night jest doskonale wymuskane i wygłaskane, żeby przypadkiem nie zranić uszu słuchaczy. Hałasy, bunty i krzyki nie przekraczają progu przyzwoitości, ani ciszy nocnej nie zakłócą, można spać spokojnie. Szkoda, że Drozdę zdjęli z anteny. Mogliby puszczać w kółko Razorlight, a ja ciągle miałbym ubaw z tego pseudo-artyzmu. Ok, trochę ponad połtora tysiąca ze spacjami. Cze.
Aleksander "Malkavian" Stępień


Razorlight
Aktualności


Komentarze