Sigur Ros „Takk”
Słońce jeszcze nie wzeszło. Morze zlewało się z niebem, tyle że morze było lekko pofałdowane, jak zmarszczona tkanina. Stopniowo, kiedy niebo rozjaśniało się, ciemna linia położyła się na horyzoncie, oddzielając morze od nieba, a szarą tkaninę pocięły grube kreski, poruszające się jedna za drugą pod powierzchnią, następujące po sobie, ścigające się, bez końca.
Jeśli mógłbym poprosić o coś jakąś dobrą wróżkę (pomijając już fakt, że dobre wróżki nie istnieją) to poprosiłbym ją o to, by szybko przyszła wiosna. Żeby można było wstać przed szóstą rano i pójść na łąkę.
Najpierw sączy się światło - to bardzo ważne, bez światła nie byłoby życia, a kiedy blask rozpromienia wszystko dookoła można rozpocząć wędrówkę. I ruszają miarowe, marszowe struktury Glosoli, powoli, spokojnie, potem coraz szybciej, mocniej. Coraz gęściej i gęściej, coraz głębiej, aż do zawrotu głowy, znów powoli. Chcesz już, żeby to wszystko wybuchło, lecz musisz czekać, a to oczekiwanie doprowadza cię do obłędu i wreszcie, gdy już oczy wyjdą z orbit, gdy słowa same zaczną wyrywać się z udręczonej krtani, gdy już pękną wszystkie bariery...
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tak mocno oni jeszcze nigdy nie grali, ściana dźwięku po prostu zwala z nóg, to jest wręcz katharsis, eros oszalał i strzela gdzie popadnie, zbiorowa orgia, ekstaza, aż w końcu o kresu orgazmu chwytasz jeszcze powietrze, odchylasz głowę, by móc nacieszyć się rozkoszą przez kilka sekund. Tyle akurat ile wybrzmiewają cichutkie dzwoneczki.
W ogrodzie ptaki, które o brzasku śpiewały nierówno i z przerwami, na tym drzewie, w tamtych zaroślach, teraz śpiewały chórem, przenikliwie i ostro, to razem, jakby świadome wspólnoty, to pojedynczo, jakby od bladoniebieskiego nieba.
Hoppipola. Hop hop hop, maleńkie, niewinne dziecko, bawiące się nad jeziorem. Skąd w dorosłych ludziach tyle dziecka? I płynie sobie ten fortepian a za chwilę dołączą do niego skrzypce, znowu miarowa perkusja, która ma tylko przygotować cię na radosny, ekstatyczny wybuch. Idzie wiosna, wiecie? W marcu jak w garncu. Kwiecień - plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata. I piękno radości zamknięte w każdym dźwięku.
Se Lest jest inny. To prawie najdłuższy utwór na płycie, najbardziej przypominający w swej strukturze muzykę Ravela lub Debussy'ego. Pierwsze takty brzmią niczym pieśń roztapiających się sopli lodu, później wraz z nimi zaczynają śpiewać śniegowe bałwany, których chwilowa egzystencja stopniowo dobiega końca. Aż przyjdzie pierwszy wiosenny deszcz i wszystko zmyje i odrodzi. Życie uśpione otworzy oczy na poranek.
A póki co niech dzwonią cymbałki, i niech grają dzwoneczki, te jedyne w swoim rodzaju dzwoneczki, nie ma drugich takich na całym świecie. I ten głosik Jonsiego. Nie głos. Głosik. Szczebiot, malutkich pączków na żywopłotach, które wychylają się i proszą o deszcz, bo zgłodniały. I kiedy w szóstej minucie już robi się ciepło, przyjeżdża wesołe miasteczko. Ktoś ma dzisiaj urodziny.
Zaczyna padać. Zachmurzyło się i grzmi. Deszcz spada na klawiaturę fortepianu - tak rodzi się Saeglopur. Taki delikatny! Któżby uwierzył, że w końcówce rozpęta się tu prawdziwe szaleństwo? Że będzie mocno i głośno? Baaardzo głośno. Wreszcie już wszystko przestaje istnieć, pada, pada, pada, pada, pada, pada... Coraz dramatyczniej perkusja wybija swój rytm, Jonsi już nie tak delikatnie, już nawet z pewną zadziornością, pewnie. Jeden grzmot, drugi, błyskawica. Tak, ma grzmieć! To prawdziwy sztorm, pieprzone 10 w skali Beauforta! Tak właśnie ma nadejść w tym roku wiosna!
Czerwone zasłony i białe story powiewały na wietrze, uderzając o krawędź okna, a światło, wpadające nierówno do środka falami i zalewami, miało brązowy odcień i z jakąś gwałtownością przeszywało powiewające zasłony (...) Przez chwilę wszystko się chwiało i wyginało w niepewności i nieokreśloności...
Zawsze, kiedy słucham Takk podświadomie czekam na ten moment. Milano. Dźwięki wyłaniające się z mroku, po burzy znowu pojawia się słońce, łódeczka roztrzaskana w drobny mak, rozbitek dryfuje po falach, a nad jego głową pojawia się tęcza.
Sigur Rós umieją budować nastrój. Kiedy trzeba brzmią jak orkiestra z dziecięcego snu dyrygowana przez wielobarwnego motyla, potrafią przywołać ulewę, albo zamknąć usta słuchaczowi nieznoszącym najdrobniejszego sprzeciwu dostojeństwem. Milano jest utworem dostojnym. Wdzięcznie rozłożone akcenty fortepianu, dumny bas, zwiewne skrzypeczki, i znów ten głosik, który tak bardzo lubimy, głosik, który nie przejmuje się dostojeństwem i może sobie śpiewać swoje "fiu fiu fiu", dopóki pod spodem perfekcyjnie pracuje cała maszyneria.
Zerwał się lekki wiatr; po liściach przebiegło drżenie, i tak poruszone, utraciły swą brunatną spoistość i stały się szare albo białe, kiedy drzewo przesunęło swą bryłę, zakołysało się i utraciło kulistą zawartość.
Niepokój prędzej czy później musiał się tu pojawić. Wraz z niepokojem pierwszy smutek, jak pierwszy brązowy liść na polanie.
Gong mógłby być utworem o śmierci. Albo o lęku przed śmiercią, albo o pięknej śmierci sunącej na białym koniu, albo o śmierci, która z drwiącym uśmiechem zasiada z bohaterem Bergmana do partii szachów. To jest ten moment, kiedy coś się kończy i nie wiemy jeszcze co się ma dopiero zacząć. Gdzieś pomiędzy tym a tamtym. Mną i nie mną. Światem i zaświatem. Między krawędzią a nicością.
I tak nagle rozpoczyna się Andvari? Zatem to już koniec? I co ja mam teraz napisać? Wycofało się życie z naszej polany, dzieci, które jeszcze niedawno w klipie do Glosoli sunęły po niebie, teraz mają swoje domy, swoje światy, swoje dzieci, o których zabawach nie wiedzą nic. Jakie rzewne te skrzypce, i takie bolesne. I głosik jakiś taki smutny. Przedłużane pożegnanie, aż wreszcie przyjdzie zejść do podziemi.
Gdybym miał opowiadać o tej płycie, a nie miałbym jej akurat ze sobą i gdybym siedział teraz z wami, drodzy czytelnicy w jakiejś górskiej chatce przy papierosie i kawie, przez najbliższe siedem i pół minuty milczałbym, aż z padającego w górach śniegu, z zapachu mocnego rumu, z ciemności zalegających dookoła naszej chatki wyobrazilibyście sobie muzykę. Usłyszelibyście ją na pewno. W każdym szumie, stuknięciu, oddechu, jak Selma, bohaterka "Tańcząc w ciemnościach", prowadzona na śmierć, nucąca swoje 107 kroków.
Zboże było już zżęte. Z całego jego falowania i przelewania się pozostało już tylko ostre ściernisko. Wielka sowa oderwała się powoli od wiązu, zakreśliła łuk i wzleciała jak na opadającej z góry linie na wierzchołek cedru.
I tak Heysatan przywodzi na myśl ostatnią scenę z jakiegoś filmu z zachodzącym słońcem w tle. Znowu to samo, powtarzane w nieskończoność, nicość nieprzenikniona, późne powroty do domu, lęk przed powrotem do domu, alkohol, strach przed ludźmi i przed nami samymi.
Po każdorazowym przesłuchaniu tej płyty wiesz coś więcej.
Fale rozbiły się o brzeg.
Cytaty pochodzą z książki Wirginii Woolf p.t. "Fale".
Piotr "Stalker" Gołąb


Sigur Ros

(4)
Aktualności


Komentarze