Slayer „Show No Mercy”
Był piękny wiosenny dzień. Nudny jednakże. Nagle kumpel ni stąd ni zowąd oznajmia mi, że zdobył debiutancką płytę Slayera i że jest według niego zajebista. Po krótkiej kłótni w sprawie o to czy pożyczy mi ją zaraz po szkole czy dopiero na następny dzień zdecydowaliśmy się na tę pierwszą możliwość. Po 3 godzinach pogrążałem się w thrash'owym szaleństwie.
W pierwszym momencie moje uszy zaatakowały super szybkie riffy rozpoczynające utwór Evil Has No Boundries, po czym wokalista grupy Tom Araya powitał mnie długim wrzaskiem, który sprawiał wrażenie jakby go właśnie kastrowali... po czym płynnie przechodzi do demoniczego wycia. Coś niesamowitego! Podobnych wyczynów wokalisty mamy na płycie całkiem sporo chcociażby w Antichrist czy Agressive Perfector. Jednak zdecydowanie najmocniejszym punktem płyty jest gra gitarzystów. Super szybkie i niebanalne riffy sprawiają wrażenie jakby ich szatan opanował. To samo tyczy się solówek. Szybkie i psychodeliczne - idealnie pasujące do reszty. Podsumowując - gra tych panów przywodzi na myśl człowieka, który wypił cztery piwa i teraz desperacko spieszy do ubikacji...
Natomiast nasz poczciwy Lombardo bębni tak... nieśmiało. W porównaniu z młodszymi płytami miałem wrażenie jakby dopiero zgłębiał tajniki gry na perkusji. Mówiąc prościej - mało miesza. A szkoda, bo gdyby pokazał, co potrafi, to pewnie zagłuszyłby w znacznym stopniu resztę instrumentów. Werbel ma po prostu potężne brzmienie ? jakby ktoś schabowe ubijał.
Wszystko to bardzo dobrze ze sobą współgra, co sprawia, że ta muzyka emanuje niesamowitą energią. Naprawdę dobra płyta.
ToMi


Slayer

Aktualności


Komentarze