Steve Vai „Fire Garden”
18 utworów, 80 minut muzyki, 2CD. Napracował się Steve nad tym albumem, ale może być dumny z efektu i śmiało nazwać go swoim opus magnum. Powstał longplay śmiały i nowatorski, lecz z drugiej strony przyjemny w odbiorze i pełen wpadających w ucho fragmentów. Już po pierwszym przesłuchaniu pozostają w głowie riffy z "Blowfish" czy "Little Alligator", melodia z ocierającego się o geniusz "Crying Machine"czy refren "Genocide".
No właśnie - obok muzyki instrumentalnej dostajemy tu znowu porcję piosenek, zaśpiewanych tym razem głównie przez samego gitarzystę (który okazał się posiadaczem całkiem przyjemnej barwy głosu i niezłego warsztatu wokalnego). Są one spokojniejsze niż na "Sex and Religion", lecz nie ma mowy o nudzie. Cały album aż kipi od pomysłów, gdy tylko zdążymy "nacieszyć" się jedną piękną melodią czy smakowitą zagrywką dostajemy następne, zaś kulminację stanowi tytułowy utwór - niemal dziesięciominutowe dzieło, w którym Vai postanowił dać pełen upust kompozytorskiej fantazji.
I triumfuje na całej linii, gdyż stworzył niezwykły dźwiękowy kolaż, w którym masywne riffy mieszają się z Zappowskim niby-jazzem, wirtuozerska klasyczna pianistyka z nowoczesnym rockowym wymiataniem, zaś awangardowe brzmienia z dobrze znanymi dźwiękami gitary akustycznej, której w ogóle jest tu więcej niż na poprzednich płytach. Kolejny niezwykły i unikalny utwór w dorobku muzyka...
Ale są i inne perełki, jak choćby niezwykle melodyjne "Hand on Heart" czy "Brother". Nieco zaskakuje początek wieńczącego całość "Warm Regards" przywodzący na myśl... popowe ballady z lat 80tych, lecz po chwili zamiast głosu Annie Lennox czy Chrisa De Burgha odzywa się charakterystyczne łkanie gitary i jesteśmy w przysłowiowym domu. Choć nie brakuje mocnych momentów jak wspomniane "Blowfish" czy otwierający płytę "There's A Fire In The House", to o jej sile przesądzają właśnie spokojniejsze utwory, budujące wyjątkowy nastrój, jakiego nie zafundowałby słuchaczom żaden inny muzyk. Warte odnotowania jest też śmiałe sięgnięcie po orientalną melodykę, która miała powrócić na następnych LP.
Jacek Podlewski


Steve Vai

(4)
Aktualności


Komentarze