Steve Vai „Sex And Religion”
Steve Vai to muzyk uwielbiający zaskakiwać i nigdy nieidący na artystyczne kompromisy. "Sex & Religion" jest tego dobitnym przykładem. W dobie triumfu grunge skrzyknął doborowy, doskonały warsztatowo zespół i zaproponował ambitną muzykę czerpiącą bardziej z hard rocka lat 80. niż z uwielbianego przez fanów "Passion & Warfare". Jakby na przekór słuchaczom oczekującym następcy tamtego albumu "Sex & Religion" wypełniają głównie dynamiczne piosenki, silnie naznaczone jednak wyrazistym stylem Vaia, który rządzi na płycie niepodzielnie jako kompozytor, autor tekstów i dominujący instrumentalista. Nie można jednak pominąć tutaj zaledwie osiemnastoletniego Devina Townsenda (tak, tego Devina Townsenda), którego charakterystyczna maniera wokalna również odciska piętno na albumie. Szczególnie zapada w pamięć ekstatyczna wokaliza w instrumentalnym "Touching Tongues", utworze poniekąd przywołującym dobrze znane fanom Vaia klimaty, jednak na swój sposób unikatowym i szczególnym. Jeśli zaś chodzi o pozostałe piosenki, to niby trudno się do czegokolwiek przyczepić, jednak trudno oprzeć się myśli, że gitarzysta powinien tworzyć więcej kawałków a'la "Touching Tongues", a pisanie rockowych przebojów zostawić panom z Van Halen czy Europe. Choć są tu też numery świetne, vide "Here and Now", czy niesamowite "Still My Bleeding Heart", w którym smutny tekst Vaia przewrotnie tworzy niezwykłą całość z radosną muzyką i opętańczym śpiewem Townsenda. W dodatku lider okrasza całość wyborną, nieprzeszarżowaną solówką. Ogólnie nie jesteśmy na płycie przesadnie epatowani gitarową wirtuozerią, oczywiście przyjmując za punkt odniesienia standardy znane z twórczości Steve'a. Dla niektórych jest to zaleta albumu, dla innych wada, lecz tym ostatnim wszystko wynagradza ostatni utwór, "Rescue Me Or Bury Me". Najpierw doskonała, misterna partia akompaniamentu gitary akustycznej, potem pięciominutowe solo mistrza, zaczynające się spokojnie, by pod koniec oszołomić kanonadą dźwięków, nie gubiąc wszak ani na moment podniosłego nastroju. Potem jeszcze tylko przywołanie otwierającego całość "Earth Dweller's Return" i koniec. Koniec płyty niezwykłej, niełatwej, jak w sumie każda wypuszczona przez amerykańskiego wirtuoza, szczególnej w jego dorobku. Z pewnością warto przesłuchać ją kilka razy, aby wypracować własne zdanie na jej temat.
Jacek Podlewski


Steve Vai

(4)
Aktualności


Komentarze