AC/DC „Let There Be Rock”
Let There Be Rock jest w karierze AC/DC pewnym przełomem. Może jeszcze nie stylistycznym, ale to właśnie ta płyta rozpoczyna całą serię ich najbardziej klasycznych dokonań. I nie ulega wątpliwości, że należy się jej zaszczytne miejsce tuż obok Highway To Hell i Back In Black. To kwintesencja wczesnego AC/DC, tego "scottowego". Czyli bluesowo-rock'n rollowe szaleństwo, tyle że z odpowiednim "doładowaniem". Let There Be Rock to przede wszystkim świetne riffy Malcolma; niektóre z nich to już dzisiaj absolutna klasyka. No bo kto nie zna utworu tytułowego czy "Whole Lotta Rosie"? To czym wyróżnia się ten album, to także fakt, że nie ma tutaj choćby jednego utworu wyraźnie spokojniejszego. Każdy z nich to solidne, gitarowe łojenie. Skłonny jestem nawet twierdzić, że to ich najostrzejsza płyta. To uczucie wzmaga także celowo niechlujna produkcja, przez co płyta brzmi bardzo żywo, jakby została nagrana podczas koncertu. No właśnie, to w ogóle bardzo koncertowy album. Dość powiedzieć, że to włąśnie kawałki z tej płyty są główną ozdobą ich późniejszej koncertówki "If You Want Blood... You've Got It".
Let There Be Rock przyniosła także garść może mniej pamiętnych, ale równie wspaniałych utworów, jak otwierające całość "Go Down" z dosadnym rock'n rollowym riffem i uroczo obscenicznym wokalem Scotta (szczególnie w ostatniej zwrotce) albo nietypowy, rozkręcający się w refrenie "Dog Eat Dog", z mistrzowskim wibratem Angusa. Intryguje dla zmylenia balladowo zaczynający się "Overdose", rzecz traktująca o przygodach frontmana z "pewnymi" substancjami. Jest to chyba najlepszy wokalnie kawałek z czasów Scotta. Sporą popularnością cieszył się także "Hell Ain't A Bad Place To Be". Rzecz naprawdę wyborna, choć dzisiaj wyraźnie zapomniana. Na uwagę zasługuję także "Bad Boy Boogie"; to też jeden z tych "nieśmiertelnych" riffów. No i dania główna, czyli "Let There Be Rock" i "Whole Lotta Rosie". Pierwszy to historia rocka w pigułce, a drugi to iście rock'n rollowa opowieść o pewnej fance zespołu, poza tym muzyczna parafraza "zeppelinowskiego" Whole Lotta Love. Powiem jedno: to co Angus wyprawia tutaj ze swpją gitarą wywołuje u mnie gęsią skórkę. Tak "wybuchowych" kulminacji nie powstydziłby się i dziś żaden zespół metalowy.
Kuba Jasiński


AC/DC

(4)

Aktualności


Komentarze