The Waterboys „Universal Hall”
Ej, zawstydza mnie ta płyta. Serio. Opowiada o tak abstrakcyjnych rzeczach, postawach totalnie nieaktualnych, że chciałoby się tylko rzucić niedbałe "z której planety cię przywiało?". Zupełnie nie ta wrażliwość. Kosmos. Gość śpiewa o Bogu, szeroko pojętej miłości, wierze. Do kościoła mało który młody chodzi, mało kto się tym przejmuje, a tutaj facet wyskakuje z apelem "szukaj światła, znajdź światło, bądź światłem". Nadętym patosem powiało, co? Pudło. Historia jest bardzo prozaiczna. Scott wyszedł z alkoholu, zaszył się w szkockim miasteczku Findhorn, gdzie wreszcie odnalazł sens życia, nadzieję i szczęście. Zaprosił skrzypcowego geniusza Steve'a Wickhama, swojego wieloletniego współpracownika, zamknął się w miejscowym teatrze Universal Hall po czym rozpisał dwanaście modlitw na skrzypce, fortepian i gitarę.
Należę do ludzi, nazwijmy to poszukujących, jeśli chodzi o sprawy religijne i powiem szczerze, że stwierdzenie "I'm gonna look twice at you / until I see the Christ in you" conajmniej mnie zażenowało. The Waterboys zawsze byli moją miłością, podobało mi się to pozytywne natchnienie Scotta, uważałem i uważam nadal za niesamowitego wokalistę. Ale na początku po prostu odpadłem. Tak jakbym nagle usiadł naprzeciwko Mike'a i miał nagle rozmawiać z nim o wierze. Oczy jak spodki, sucho w gardle, do głowy nic nie przychodzi. Bez szans.
Do drugiego podejścia zacząłem się już przygotowywać. Wymaglowana na wszystkie strony książeczka, chwilowe oderwanie się od wcześniejszej twórczości Scott'a i Wodnych Chłopców. Spróbowałem. A po przesłuchaniu zacząłem się zastanawiać, co niosą jego słowa. Krótkie powtarzane frazy, jakieś pojedyncze wręcz oczywiste na pierwszy rzut oka zdania, na które tak naprawdę mało kto by wpadł. Wszystkie o znajdywaniu miłości, spokoju, znajdywania własnego miejsca w świecie i życia w zgodzie z Bogiem. Proste, ale cholernie mocne.
Można narzekać, że Mike nie bajeruje hymnowymi kobyłami, że zrezygnował z instrumentów dętych, że zbliża się w stronę autoplagiatów, albo w każdym razie powiela swoje pomysły, że poza przepięknym zamykającym całość porażającym utworem tytułowym i Peace Of Iona z popisowym solo Wickhama nie ma tutaj prawdziwego killera, że brakuje przebojów, bo poza refrenami This Light Is For The World i wpadającym w ucho podkolorowanym elektroniką zapętlonym Silent Fellowship chwytliwej melodii tutaj nie uświadczymy. Płyną sobie leniwe dźwięki, raz ciszej tak jak w przepięknych The Christ In You czy Every Breath Is Yours, raz głośniej, w większości akustycznie, raz całkowicie syntetycznie bo znalazło się miejsce dla mocnego Seek The Light napędzanego automatem perkusyjnym i totalnie przesterowanego, od wokalu zaczynając a na gitarach kończąc. W sumie, tyle.
Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to najsłabsza płyta Wodnych Chłopców. Ok, nie neguję, nie sprzeczam się, bo mógłbym zjechać ją do szczętu wytykając smęcenia z poprzedniego akapitu. Ale nie, na mnie Universal Hall zadziałał za mocno.
Wśród kilku marzeń, jakie mam jest jedno związane właśnie z The Waterboys. Chciałbym kiedyś wziąć tylko kilka ich płyt, wagon fajek, gitarę, pojechać do Findhorn i chociaż przez parę dni pograć na werandzie z Geniuszem.
Do Universal Hall trzeba dorosnąć.
Aleksander "Malkavian" Stępień


The Waterboys
Aktualności


Komentarze