Tiamat „Judas Christ”
Co to kur..cze jest! To jest nowa płyta zespołu Tiamat? To jest materiał napisany prze Johana Edlunda? A jednak. Przecieram oczy, nastawiam uczy i nie wierzę temu co widzę i słyszę. Tiamat A.D. 2002 wkroczył na pop-rockową ścieżkę i chce podbić listy przebojów. Tylko czym! Tymi oklepanymi riffami sprzed 20 lat, pseudo chwytliwymi refrenami, częstochowskimi rymami, czy może milusimi wokalami? Zgroza. Chyba lider grupy się zakochał. Tak czy owak, tymi wtórnymi kawałkami na chyba nikim nie zrobi wrażenia.
Wbrew temu co Edlund deklaruje na łamach polskiej edycji Metal Hammera, zawartość tego albumu tylko w niewielkim stopniu koreluje z poprzednikami. Owszem Skeleton Skeletron był melodyjny i przystępny, ale był przy tym odpowiednio ciężki i mroczny. Miał tę charakterystyczną dla dokonań zespołu atmosferę, aurę tajemniczości, powiew skandynawskiego chłodu. Takich elementów na Judas Christ raczej nie znajdziemy.
A wszystko zaczęło się całkiem interesująco. Pierwsze nagranie The Return Of The Son Of Nothing jest jakby pomostem między tą a poprzednią płytą. Również drugie nagranie So Much For Suicide ma posmak dawnego Tiamatu. Później jednak w miarę pojawiania się kolejnych nagrań zaczynamy dostrzegać pewną ich sztampowość: zwrotka, refren, zwrotka refren. Nawet głos Edlunda zdaje się być zbyt przyjazny dla środowiska. Na tle tego sympatycznego rockowego grania utwór Summer By Night wręcz razi swoją odmiennością (zharmonizowany dźwiękowy kolaż). Niezłe sentymentalne nagranie Love Is As Good As Soma przywodzi na myśl Forever Autumn grupy Lake Of Tears, ale też jest ostatnim znaczącym kawałkiem na tej płycie. Reszta to jedna wielka przeciętność, taki plastikowy metal z ogranymi do bólu riffami. Brrr.
Kiedy w 1997 roku ukazał się floydowski album Tiamatu pt. Deeper Kind Of Slumber kręciłem nosem. Dzisiaj wiele bym dał za album w podobnym stylu
Andrzej ''Szczepek'' Szczepkowski


Tiamat
(4.5)
Aktualności


Komentarze