Neuma „Weather”
28 Listopada 2009
Neuma powraca ze świeżutkim albumem "Weather". Tylko czy to jest rzeczywiście Neuma? Przecież odszedł Wojtek Szymański (gitarzysta grający niegdyś w Kobongu) i Bogdan Kondracki (wokalista i basista także z Kobonga). Z Kobonga i Neumy został więc tylko gitarzysta Maciek Miechowicz. A owy skład przedstawia się następująco: wspomniany Maciek Miechowicz (gitara), grający także w Mojej Adrenalinie Karol Ludew (perkusja), Alek Korecki udzielający się m.in.w Brygadzie Kryzys, Graalu i The Break (saksofon), Tomek Krzemiński (basista). Mamy też gości: Bogdana Kondrackiego z pierwszego składu (bardzo się cieszę, że użyczył swego głosu) wokalistę kapeli Progrram Kostasa Georgakopulosa. Zmiana składu potwierdza więc przemianę stylistyki. Kobong, który rozpadł się po śmierci Roberta Sadowskiego, grał bardzo pokręconą progresywną muzykę, charakteryzującą się zmianą tempa. Każdy kawałek był nieprzewidywalny. Tu coś Bogdan zamruczał, tu podśpiewał i to w języku polskim i angielskim. Pierwsza płyta Neumy wydana w 2003 roku emanowała większą spójnością, choć utwory były połamane i nieźle zwariowane. Głosy zatopione w angielskich słowach wydobywały się gdzieś z oddali, jakby z przestworzy. Zaś "Nowa" Neuma pozbawiona jest wokalisty. Mamy tu prawie sama muzykę. Ale za to jaką - znakomitą. Każda płyta (czy to "Kobong" z 1995 roku, "Chmury nie było" z 1997, czy "Neuma", "Weather") ma jednak wspólną istotną cechę, która diametralnie odróżnia te dwie kapele od pozostałych na rynku polskim tudzież światowym. Mianowicie, ta muzyka jest pokręcona, eksperymentalna i nawet szalona. Słuchając tych krążków odpływamy, przenosimy się w inne nieodkryte miejsca, nawet nieznajome dla naszego umysłu. Na pierwszy rzut okiem, możemy uznać, że "Weather" świetnie nadaje się na muzykę filmową. I będziemy mieli słuszność, gdyż jest bardzo przestrzenna i działa na nasze wyobraźnię. Weźmy chociażby piąty numer - "Himalaj". Na początku muzyka jest bardzo powolna, przebrzmiewa nam saksofon. Idziemy sobie metr po metrze. Dookoła dzika fauna i flora. Im bliżej szczytu, tempo ulega lekkiemu przyspieszeniu. Może uciekamy przed groźnym zwierzem? Później opadamy z sił. Próbujemy chwycić za kamień, by wdrapać się na nagi szczyt. I tak staramy się i staramy? Jest zakończenie? Może i tak, ale raczej musimy sobie sami dopowiedzieć, co będzie dalej. W końcu to nasza wyprawa. "Śmierć Wieloryba" to próba obezwłasonowolnienia tego ssaka. Ciężki miał orzech do zgryzienia owy zabójca, bowiem po długiej próbie udaje mu się go zabić. A muzyka? Pełno tu pobrząkiwania, załamania rytmu, nieokreślonych bliżej melodii. "Tułacz" to dla mnie najlepszy numer. Nie ma co się dziwić - pachnie ?starą? dobrą Neumą, pojawia się wokalista wydobywający z siebie nieokreślone i nieszablonowe dźwięki, cała kompozycja jest dziwna, wręcz psychiczna, ale to nie czyni ją złą, przeciwnie - znakomitą! I tak można stworzyć sobie własny świat, niczym nieskrępowany. Płyta jest dobra, nawet uznałabym za bardzo dobrą, ale gdyby stworzył ją inny zespół. Od Neumy oczekuję nieco innego spojrzenia na muzykę - takiego, jaki do tej pory mieli (psychodelicznych śpiewów, transowego brudnego grania, rytmicznego a zarazem nierytmicznego, przy którym całe ciało giba się, tak jak to było w moich dwóch ulubionych kawałkach "There's no second to be lost" i "It's time to leave"). Emanuje tu przede wszystkim spokój wsparty przez akustyczne brzmienie albo ciche riffy, który czasem jest zachwiany przez free jazzowe partie saksofonu i lekko niespodziewaną mocniejszą grę któregoś z instrumentu. Tak, wiele kapel zmiania styl grania. Tak było na przykład z Ulverem. Umiem wybaczyć to Neumie, ale pod warunkiem, że nagrają jeszcze jakąś żywszą, bardziej pokręconą płytę. Choć po co powtarzać się? Jak na razie pierwszy ich krążek jest najlepszy, a czy to się zmieni - czas pokaże. Neuma ma w swoim składzie bardzo utalentowanych muzyków, dzięki czemu zyskali u mnie miano jednego z lepszych zespołów w Polsce i na świecie też.
Emilka


Aktualności


Komentarze