Symphony X „Paradise lost”
20 Grudnia 2009
Najnowszy album amerykańskiej formacji z pogranicza power metalu i metalu progresywnego, nie pozwala być obojętnym. Zacznijmy od pięknej oprawy graficznej. Okładka mroczna, dobrze nawiązująca do tytułu zaczerpniętego od "Raju utraconego" Johna Miltona jest chyba najlepszą okładką ze wszystkich sygnowanych przez Symphony X. Ktoś kiedyś powiedział, że okładki nie mają znaczenia. Dla mnie mają. Pokazują dbałość o szczegóły i są ładnym wstępem wprowadzającym w klimat. Ta okładka zapowiada niezwykle ciekawe i ciężkie dzieło i jest to trafna zapowiedź.
Jeżeli ktoś się spodziewa, że jest to jedna z tych płyt powet metalowych, na których usłyszy po raz kolejny te same riffy nieco odgrzane i odświeżone, ten się myli. Płytę rozpoczyna złowieszcze symfoniczne "Oculus ex inferni". Słuchając tego wyjątkowo udanego intro mam wrażenie, głównie za sprawą pracy perkusji, że jakaś potężna siła ma ochotę wydostać się z głośników, tylko coś ją jeszcze blokuje. Ta potęga uwidacznia się w pierwszym "właściwym" utworze na płycie "Set the world on fire" zasypując nas od pierwszych chwil lawiną dźwięku i niezwykle energetyczną pracą gitary. Tym samym, już na wstępie poznajemy dzieło robiące na mnie największe wrażenie ze wszystkich nagrań jakie znalazły się na albumie. Dalej wcale nie jest spokojniej. "Domination" jest bardzo melodyjne i szybko wpada w ucho. Potem nieco lżejsze, ale na pewno nie spokojne "Serpents kiss" i chwila wytchnienia dopiero przy tytułowym "Paradise lost". Ta ponad sześcio minutowa ballada to dobry akcent w środku albumu, dobry przystanek, żeby zaczerpnąć powietrza przed dalszą jego częścią. "Eve of seduction" urzeka świetną gitarą i niezwykle melodyjnym wokalem. W tym momencie słuchacz zdąży już przywyknąć do tego, że dolna granica czasu trwania utworów to pięć minut. Prawdziwe monumenty przypadają jednak na drugą część płyty. Poczynając od "Walls of Babylon" z niepokojącymi chóralnymi wstawkami i momentami bardzo progresywną rytmiką, poprzez chwytliwe "Seven", skończywszy na zamykającym płytę i za razem najdłuższym "Revelation". W między czasie jest jeszcze krótki odpoczynek dla ucha przy słuchaniu "Sacrifice". Słów kilka warto poświęcić ostatniemu utworowi albumu. "Revelation" ma aż dziewięć minut. Jest to idalna płęta dla stylistyki jaka rządzi "Paradise lost". Długie utwory, ciekawe aranżacje, instrumentacja, pośród której nierzadko można usłyszeć fortepian, oraz brzmienie z pogranicza progresji i bardzo energetycznego power metalu. A na samym końcu uświadczymy nawet krótkiego fragmentu zaczerpniętego z intro, co spina album ładną klamrą.
Symphony X nie ma w Polsce statusu wielkiej gwiazdy. Nie wiele osób wie w ogóle o istnieniu takiej grupy nawet jeśli interesują się sceną power metalową. Przyczyna trywialna, panowie są ze Stanów Zjednoczonych, a Atlantyk wciąż ciężko przeskoczyć. Zespół należy polecić wszystkim fanom power metalu, bo znajdą tu poszukiwany przez siebie power w dawkach przyprawiających o zawrót głowy. Twórczośc amerykańskiej grupy polecam także słuchaczom szukającym progresji. Nie tylko Dream Theater istnieje na tym Świecie!!! ;)
"Paradise lost" to moim zdaniem najlepsza płyta Symphony X, którą poziomem mogę porównać jedynie z "Damnation game". To także jeden z najlepszych albumów power metalowych ostatnich lat. Pozycja, której nie może zabraknąć na półce fana tego gatunku muzyki. Czy płyta przełomowa? Nie, ale na pewno płyta z charakterem, z własnym nie kopiowanym stylem zespołu, płyta, która pozostawi trwały ślad.
Krzysztof "Qudłaty" Czupryński


Symphony X
Aktualności


Komentarze