Paradise Lost „In Requiem&rdquo
25 Lutego 2010
W 2007 roku niektórzy mówili, że "In Requiem" to powrót na zakurzony tron gotyckiego metalu brytyjskich królów smutnych i mrocznych melodii. Dziś już jednak wiadomo, że na swoim prawowitym miejscu panowie z Paradise Lost zasiądą dopiero dwa lata później, przy okazji albumu "Faith Divide Us - Death Unites Us". Czym w takim razie jest ten album? Nieudaną próbą przywrócenia w zespół dawnej duszy, czy kontynuacją dosyć kontrowersyjnych eksperymentów, znanych z kilku poprzednich wydawnictw?
Całość zaczyna kompozycja "Never for the Damned", gdzie następuje pierwszy poważny szok - Nick Holmes śpiewa dokładnie tak, jak dwanaście lat temu na "Draconian Times"! Zadziornie i z manierą "na Hetfielda". Muzyka jest niezwykle nastrojowa, pojawiają się smyczki, pianino i chóry, jednak królują brutalne riffy, a Mackintosh nie patyczkuje się, już na samym początku atakując nas solówką. Fani sprzed lat, jeżeli wciąż śledzą losy Paradise Lost, będą pozytywnie zaskoczeni. A co z tymi, których Brytyjczycy zachwycili głównie płytami "od "One Second" w górę"? No cóż, ten zespół powolutku, z albumu na album, wprowadzał na powrót elementy rockowe, następnie metalowe... Więc, o ile podobał Ci się poprzedni album, "Paradise Lost", to i tym razem przepadniesz. Poważnie przepadniesz.
Tak naprawdę, "In Requiem" nie odcina się od żadnych dokonań zespołu z ostatnich 14 lat. Fakt, powraca zadziorny wokal (growl się nie pojawia, więc fani najstarszych dzieł Brytyjczyków mogą poczuć się zignorowani) i metalowe brzmienie, ale nie brakuje elektronicznych wstawek, czystego śpiewu i megachwytliwych refrenów. To idealnie stonowana mieszanka "nowego" ze "starszym". Swoiste podsumowanie ich bogatej historii. Brakuje chyba tylko komputerowych sampli perkusji, ale na to nie mam zamiaru narzekać :)
Album, moim zdaniem oczywiście, nie ma żadnych wad. Każda z kompozycji jest tak dopracowana i chwytliwa, że "In Requiem" jest najczęściej nuconym przeze mnie albumem Paradise Lost. Przy każdym pojedynczym kawałku mógłbym wspomnieć o świetnym refrenie, klimatycznych wstawkach (gotyckie chórki, klawisze, smyczki, elektroniczne pejzaże w tle - jest tego trochę) i jakichś zapadających w pamięć smaczkach. Z punktu widzenia recenzenta, to wspaniała rzecz, nie muszę się zbytnio rozwodzić, przynudzać i porównywać. Jak zawsze, wskażę tylko największe perełki, bo bez tego obyć się nie potrafię. Z jedenastu utworów wyjątkowo mocno wyróżnia się nastrojowy "Beneath Black Skies" z zaskakującym refrenem, najbardziej elektroniczny "Unreachable" i wieńczący album"Your Own Reality", stonowany i wzruszający.
Skoro nie można się do niczego przyczepić, należy podsumować i skończyć recenzję. "In Requiem" w żadnym wypadku nie jest "nieudaną próbą przywrócenia w zespół dawnej duszy", to kolejny krok, może i ostatni, na drodze połączenia nowych elementów Paradise Lost z tymi pochodzącymi z poprzedniej dekady. Krok wręcz perfekcyjny, gdyż tak przyjemnego dla ucha albumu już dawno nie było.
Adam Piechota


Paradise Lost
Aktualności


Komentarze