Plain White T's „Every second counts”
27 Kwietnia 2010
Muzyka, aby była prawdziwą sztuką, wcale nie musi charakteryzować się efektownymi riffami i wirtuozerskimi popisami członków zespołu. Równie dobrze może być prosta i niewyszukana. Ważne, aby z każdego dźwięku płynęła siła, wiara, idea i specyficzny feeling. Niestety, nie da się tego w żaden sposób odnieść do kapeli Plain White T's i ich propozycji, jaką znajdujemy na przedostatnim krążku "Every second counts".
Już sam singiel promujący, "Hey there Delilah" nie wróżył nic dobrego. To był jednak błąd, aby akurat ten utwór został zwiastunem "Every second counts", ponieważ w małym stopniu oddaje charakter całego materiału. Fakt - "Hey there Delilah" ma naprawdę przyjemny i delikatny podkład gitary akustycznej, do której później dołącza wiolonczela, co zdecydowanie dodaje smaczku. Wszystko byłoby OK., gdyby nie żałosny wokal Toma Higgensona. Niestety, ale jego głos niczym nie ujmuje, nie urzeka, nie zachwyca i szybko ginie w tłumie.
Większość utworów na tym wydawnictwie nagrana została na tak zwane "jedno kopyto", więc raczej ma małe szanse, aby rzucić wszystkich na kolana. To zapewne dlatego, że Plain White T's jest tzw. zespołem jednosezonowym. Pojawili się gdzieś kiedyś, nagrali klip lub dwa, więc puścili ich na Vivie czy innym 4fanie, gdzie większość publiczności tworzą landrynkowe nastoletnie dziewczęta, kompletnie pozbawione muzycznej świadomości i wrażliwości. Wieć co to jest za kariera? Żadna atrakcja być pseudo gwiazdą komercyjnych stacji muzycznych, promujących beztalencia i żerujących na głupocie, niewiedzy i naiwności swoich odbiorców!
Tak naprawdę, na tej płycie nie ma żadnej dobrej kompozycji. Można wyróżnić jedynie: "Hate (I really don't like you)" oraz "So damn clever" za ich energiczność, chwytliwe refreny, konkretność, a przede wszystkim za całkiem fajne rockowe zacięcie. "Tearin' us apart" również zasługuje na uwagę ze względu na ciekawą konstrukcję i aranżację. "Let me take you there", pomimo że jest nudna i męcząca, to wyróżnia się na tle innych, gdyż pojawiają się tutaj świetnie brzmiące klawisze. Reszta materiału niestety, niczym nie zachwyca. Muzycy po prostu nie mieli pomysłu na tę płytę. Nagrywając ją wykorzystali osiągnięcia innych, uzupełniając je o swoje dość prymitywne teksty o idealnej miłości. Przykładem takiego utworu jest "Write you a song", który do złudzenia przypomina stylistykę "Wish you were here" Floydów.
"Every second counts" to płyta, która nie ma za grosz rozmaitości i tak naprawdę, nie do końca wiadomo, co to jest za muzyka. Jest niby rockowa, niby punkowa, ale z bardzo wieloma popowymi naleciałościami. Nie mówię, że to źle, ale tutaj brzmi to zbyt plastikowo. Coś na zasadzie, że Plain White T's tak strasznie chcieliby być rockmanami, ale trochę im to nie wychodzi i muszą się pogodzić z etykietką "popgrajków". To, co mogłoby ich uzdrowić, to więcej wyobraźni, ambicji, polotu, ikry, emocji i kreatywności.
Iwona Sołdek


Plain White T's
Aktualności


Komentarze