Muniek Staszczyk „Muniek”
13 Czerwca 2010
Tej recenzji miało w ogóle nie być, bo bezustannie prezentowana w radio Tina prawie skutecznie zniechęciła mnie do tej płyty. Potem usłyszałem Świętego, który z kolei na tyle mi się spodobał, że jednak postanowiłem przesłuchać całość.
Chyba nikt nie liczył na to, że Muniek wzniesie się ponad poziom najlepszych czasów T. Love ale jednego można było oczekiwać - tego specyficznego luzu jaki towarzyszy zawsze jego zachowaniom. Na tej płycie luzackie podejście jest wszechobecne. Muniek czasami wręcz z nim przesadza - jak w otwierającym album przeboju Tina. Ma głupkowaty tekst, a muzycznie niestety też nie porywa, podobnie jak tandetny i kojarzący mi się z Polish boyfriend Stary boy, którego zwyczajnie nie da się słuchać. Te dwa kiepskie kawałki rozdziela całkiem niezły Georgie Bron z drapieżną gitarową jazdą. Kain i Abel to z kolei dość spokojny, melodyjny utwór i tym razem nawet tekst jest bardziej strawny. O tym, że solowa płyta Muńka jest wybitnie niespójna najlepiej chyba świadczy zestawienie kolejnych utworów - Ring dong, Gan i Hot hot hot. Pierwszy równie dobrze mógłby zostać nagrany ładnych kilkanaście lat temu przez Szwagierkolaskę. Drugi to już prawie country z pochwałą amerykańskiej swobody posiadania broni palnej a w trzecim masz wrażenie, że The Clash wyszło na scenę z Muńkiem zamiast Strummera! Moim zdaniem to najlepszy kawałek na płycie - jest skoczny, melodyjny, jest "clashowy" i słychać, że Muniek w takich klimatach czuje się najlepiej. Njutella Marcela z gościnnym udziałem Kory myślę, że przypadnie do gustu fanom The Stranglers. Dosyć ciekawie brzmi przedostatni utwór na płycie - Dzieje grzechu. Duet z Anną Jopek o dziwo wyszedł całkiem przyjemnie dla uszu. Na koniec Święty, który zaczyna się dokładnie tak jak jeden z utworów Savatage a potem rozwija się w rockową balladę, która z kolei dziwnie kojarzy się z balladą Osbourna - Dreamer! Cóż, Muniek świętym nie jest a na tej płycie grzechów jest kilka. Jest niespójna, nie wnosi nic nowego a do tego razi banalnymi tekstami. I chyba tylko ten wyczuwalny luz w połączeniu z naprawdę dobrą grą Jana Benedka sprawia, że w sumie przyjemnie się jej słucha...gdy leci gdzieś w tle. W jednej z recenzji tej płyty przeczytałem: To hołd złożony przeszłości, o której zbyt często zapominamy. A mi się wydaje, że jednak można się do niej odwołać trochę bardziej oryginalnie, nowocześnie.
Tommy


Muniek Staszczyk
Aktualności


Komentarze