Rhapsody of Fire „The Frozen Tears of Angels”
26 Sierpnia 2010
Po licznych perypetiach z wydawcą, po zawieszeniu działalności zespołu, wreszcie doczekaliśmy się kontynuacji historii tak udanie opowiadanej na "Triumph Or Agony". To już siódmy pełnowymiarowy album Włochów, którzy zajmują od dawna ważną pozycję w świecie power metalu.
Zostaliśmy już przyzwyczajeni do fantastycznych opowieści tworzących z każdej płyty Rhapsody of Fire swoisty koncept album. Nie inaczej jest i tutaj. Jak wspomniałem, kontynuujemy podróż zapoczątkowaną na "Triumph or Agony", tutaj jednak podobieństwa się kończą. Album jest dość ostry, momentami nawet zaskakująco ostry. Zespół gra szybko, a wokalizy miejscami ocierają się o sposób śpiewania charakterystyczny dla dużo cięższych odmian metalu (ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że tu i ówdzie wokal przypomina ten prezentowany w twórczości Cradle of Filth). Niestety, zabiegi te nie pociągnęły za sobą świeżości samych kompozycji. Słuchając płyty mam wrażenie, że wszystko to gdzieś już słyszałem. Na pozytywne odnotowanie zasługują "Crystal Moonlight", które wpada w ucho i "Reign of Terror", które wbija w fotel swoją ostrością i energią. Jednak to koniec zalet. Wbrew niektórym opiniom uważam album za wyjątkowo mało chwytliwy i melodyjny. Kompozycje są nieciekawe i mało nowatorskie. Momentami mam wrażenie jakby zespół był bardziej przejęty treścią, jaką prezentuje w tekście niż samą muzyką, która zdaje się być tylko narzędziem do poopowiadania bajek. Spotkałem się z opinią, iż jest to jedna z najlepszych płyt Rhapsody of Fire. Nie zgadzam się z tym poglądem całkowicie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że płyta może kandydować do tytułu najgorszej w twórczości zespołu. Po wspaniałych "Symphony of Enchanted Lands II" i "Triumph or Agony" włoscy muzycy notują wpadkę dając fanom mało przemyślany i zupełnie nieświeży album, o którym, jak sądzę, większość z nich szybko zapomni. Sam nie mam zupełnie ochoty wracać do niego tak jak to czyniłem przy poprzednich wydawnictwach. Żeby nieco osłodzić tą cierpką recenzję i nie zrazić do swojej osoby fanatycznych zwolenników Rhapsody of Fire, muszę nadmienić, że wymienione wcześniej "Crystal Moonlight" i "Reign of Terror" to naprawdę dwa dobre kawałki. Jeśli by dołączyć do nich intro (charakterystyczne dla zespołu) można by wydać naprawdę niezły singiel. Szkoda, że tak właśnie się nie stało.
Ocena taka, a nie inna, bo mimo chęci nie mogę dać niższej. Płyta nie jest totalnym gniotem, bądź co bądź stoi na wysokim poziomie technicznym, nie jest też obrazą dla moich uszu, da się jej słuchać. Jednak jest bardzo nieciekawa i z całym przekonaniem ją odradzam. W tym roku miały miejsce wydawnictwa z kręgu power metalowego, którymi naprawdę warto zająć sobie czas, który stracilibyśmy na "The Frozen Tears of Angels".
Krzysztof "Qudłaty" Czupryński


Rhapsody of Fire

(4)
Aktualności


Komentarze