The Dillinger Escape Plan „Option Paralysis”
6 Stycznia 2011
Po trzech latach przerwy w aktywności studyjnej, The Dillinger Escape Plan torpeduje ponownie za sprawą nowego albumu "Option Paralysis". Poprzednia, świetnie przyjęta płyta - "Ire Works" - nosiła, w moim mniemaniu, znamiona przebojowości. Tym razem muzycy postawili na szlif matematycznego szaleństwa - bardziej uwypuklony, wyciągnięty na pierwszy plan.
Większość kompozycji cechuje niezwykły eklektyzm, czego można było się spodziewać. Zaskakują jednak dojrzałość i skuteczność w płynnym łączeniu pasaży dźwiękowych o skrajnych charakterach, czego dobrym przykładem jest singlowy "Farewell, Mona Lisa", z nastrojowym wyciszeniem w środku. Ten sam patent wykorzystano w "I woudn't if You Didn't", gdzie karkołomne partie instrumentalno-wokalne przedzielone są wzniosłą wstawką z przejmującą grą fortepianu. Tak różnorodnie w obrębie pojedynczych utworów Dillinger chyba jeszcze nie grał.
Elementy te, choć na mniejszą skalę, przemycone są również do utworów standardowych dla zespołu - pędzących, naznaczonych pozorną kakofonią, jak "Room Full of Eyes" czy "Chinese Whispers", gdzie panowie sięgają po wolne i średnie tempa, nadając atmosferę niepokojącego napięcia. Zwyczajową odsłonę zespołu, o ile można o takiej mówić w przypadku tej kapeli, spotyka się w przypadku "Good Neighbor" i "Crystal Morning", które pokazują zespół ze strony trzymanego w ryzach dyscypliny, precyzyjnego jazgotu, oraz "Endless Endings" z ciekawymi, falującymi riffami w drugiej części kompozycji.
Sugestywnie połamany jest "Gold Teeth on a Bum", konsolidujący w sobie fragmenty zarówno kroczące, "kwadratowe" melodycznie i intrygujące, jak i przebojowe, łatwo wpadające w ucho, z chyba najlepszym piłującym riffem na tym albumie. Bez wątpienia zapada w pamięć "Widower", startujący snującym się pasażem fortepianu z lirycznym, przytłumionym śpiewem. Stonowany w warstwie instrumentalno-wokalnej przez większą część utworu, jest chyba najbardziej przejmującym kawałkiem na płycie i udowadnia, że Dillinger odnajduje się również w formule swoistej jazz-ballady. Na koniec następuje trip-hopowy "Parasitic Twins" - pogodny, jakby z przymrużeniem oka. Przewrotne pożegnanie, balsam dla zmasakrowanej błony bębenkowej.
Dojrzałość i rosnąca świadomość - te słowa cisną mi się na usta po kilkakrotnym przesłuchaniu "Option Paralysis". Ben Weinman powiedział w jednym z wywiadów, że najgorsze, co może się przytrafić, to stworzenie "sztucznego gniota". Lider zespołu może jednak spać spokojnie. Przez album przemawiają polot i swoboda, poparte jednak ciężką pracą kompozytorską. Instrumentaliści wypracowali sobie łatwość grania karkołomnych partii, przez co zaliczam ich do wirtuozów. Cieszy rosnąca różnorodność wykorzystywania partii wokalnych, które coraz częściej zaczynają decydować o charakterze utworów.
The Dillinger Escape Plan zmierza w stronę, w którą nikt wcześniej się nie udał i czyni to w wybitnie bezkompromisowym stylu. Oby jak najdłużej udawało się chłopakom utrzymywać tak wysoki poziom. Dawno już przebili się przez etap pokonywania pierwszych, największych trudności w działalności zespołu. Mają status profesjonalnej, renomowanej machiny muzycznej. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że nie zabraknie zespołowi zapału do aktywności kompozytorskiej, wydawniczej i koncertowej.
Zbigniew Rogulski


The Dillinger Escape Plan
Aktualności


Komentarze