L.Stadt „EL.P”
9 Lutego 2011
Niemal trzy lata kazali nam czekać na nowy materiał muzycy z zespołu L.Stadt. To wystarczający okres, aby stworzyć i przedstawić światu coś odmiennego i zaskakującego. W przypadku krążka zatytułowanego "EL.P" można mówić o zaskoczeniu i jego braku zarazem. Grupa zaproponowała płytę wypełnioną po brzegi ciekawymi pomysłami, będącą spotkaniem różnorodnych form, a jednocześnie jest to album stanowiący logiczną kontynuację drogi obranej przy okazji debiutu.
Oczywiście, formacji tej można przyklejać różne "łatki". Najprościej jest napisać, że L.Stadt reprezentuje rockowe nietuzinkowe granie, wplatając w nie elementy z pogranicza surfrocka, a także, miejscami, fragmenty transowe czy psychodeliczne. Hipnotyzujący wokal Łukasza Lacha bez wątpienia skupia na sobie uwagę słuchacza - trzeba przyznać, że trudno się oderwać od jego charakterystycznej, pełnej barwy. Trzon jednak stanowią gitary, prowadząca i basowa, które budują solidną, elokwentną bazę niemalże wszystkich kompozycji. Bardzo cieszy, że bas nie stoi w cieniu, służąc jedynie podbiciu perkusji. A ta, wybija się dobitnym "atakiem", choć jej linie są proste. W tej sferze można by zrobić więcej. Pozostają jeszcze różnorakie tła i wstawki elektroniczne, które dodają kompozycjom drugą płaszczyznę - świetna robota!
Longplay rozpoczyna się dźwiękami niby pozytywki, partią smyczków, po czym w nastrojową, przestrzenną atmosferę wprowadza nas beztroski motyw przewodni pierwszej ścieżki - "Death of a Surfer Girl". W zasadzie główną rolę odgrywa tu elektronika, wspomagana nieustanną pracą wybijających rytm bębnów i linią basową. Na pierwszym planie linia wokalna - lekka, przyjemna. Ale to dopiero przywitanie ze słuchaczami. Kolejna kompozycja, "Fashion Freak", z sugestywnym biciem perkusisty, lotną partią fortepianową i chwytliwym refrenem, jest już bardziej eklektyczna i zadziorna. Wstęp do "Smooth" - zapętlający się, transowy motyw gitarowy i uwypuklona rytmika bębnów - przywodzi na myśl skojarzenia z "Queens of the Stone Age", jednak dalej muzycy burzą konwencję, rozpoczynając kroczące, mocniejsze granie, z wokalnymi "górkami" i kowbojsko brzmiącymi riffami. Trafiony zabieg - utwór intryguje i trzyma w swej mocy do samego końca. Po nim wybrzmiewa sielankowy przebój tego albumu,"Ciggies", z wyraźnie wyeksponowaną partią basową i chwytliwą melodią. Do tego linia wokalna prowadzona głębszym tonem ciekawie koresponduje z ogólnym, "wakacyjnym" charakterem tego utworu. Następnie nadchodzi czas na zadziorny, dynamiczny "Charmin / Lola", z fajnymi riffami i pracą basu.
"Puppet Song No1" przynosi chwilę wytchnienia. I trochę monotonii - w zestawieniu z poprzednimi kompozycjami, ta jawi się jako skrajnie prosta i przewidywalna. Atmosferę rozbudza "Mumms Attack" - podbity fortepianem, pędzący utwór, nad którym wisi duch rock'n'rolla. Wykorzystano tu m.in. partie chóru dziecięcego, co się, o dziwo, naprawdę sprawdza. Po tym biegu ukoi rozmarzony "Sun", gdzie wiodącą rolę odgrywają gitara akustyczna i śpiew. W drugiej części ścieżki pojawiają się dziwne, zniekształcone chórki i tła, co wprowadza atmosferę quasi psychodeliczną. Płytę zwieńcza bogato zaaranżowany "Jeff". Tutaj spotykają się tak różne od siebie składniki jak tupanie i klaskanie, odpowiedzialne za rytmikę, rozbudowana gitarowo część środkowa, organowe melodie i bogata paleta ekspresji wokalnej. Najbardziej trzymający w napięciu utwór albumu.
Albumu, który trwa zaledwie 29 minut. To mało, jak na współczesne standardy. Jednak jakość materiału w pełni rekompensuje czas jego trwania. Muzycy zaprezentowali się z bardzo dobrej twórczo strony, konstruując zróżnicowaną całość, eklektyczną mieszankę, która w ostatecznym rozrachunku stanowi zamkniętą, spójną całość. To niewątpliwie świadczy o swobodzie komponowania i instynkcie podejmowania trafnych decyzji przy doborze środków wyrazu. "EL.P" świetnie się słucha, a wbrew pozorom, nie jest to muzyka w sposób oczywisty przystępna.
Jeśli L.Stadt będzie dalej podążał tą ścieżką, może się w przyszłości okazać niezwykle znaczącym zespołem na rynku muzyki niezależnej. Słychać wyraźnie, że nie brak chłopakom zapału i potencjału. Być może za kolejne trzy lata pokażą się z innej strony, łącząc dotychczasowy styl z nowymi składnikami, co zaowocuje twórczą eksplozją. Na razie mamy mocno i jasno palący się lont. Oby nie zgasł.
Zbigniew Rogulski


L.Stadt
Aktualności


Komentarze