Evergrey „Glorious Collision”
19 Lutego 2011
Zdaniem licznego grona radykalnych fanów w muzyce metalowej nie ma miejsca na sentymenty. Musi być konkretnie, dobitnie, bez kombinowania. Niemile widziane są brzmienia łagodniejsze, z wiodącą rolą melodii. Tym przyjemniej było przyjrzeć się zespołowi odbiegającemu od tej skrajnej zasady, który o delikatniejsze formy opiera swoją formułę.
Mowa o Evergrey, którego najnowszy album "Glorious Collision" lada dzień ujrzy światło dzienne. Po jego przesłuchaniu targały mną mieszane uczucia. Wydaje mi się bowiem, że ten materiał jest zadowalający. Mógłby jednak być powalający. Dzieje się na nim dużo, często na wielu poziomach aranżacyjnych. Jednak miejscami brakuje świeżości i "bożego palca". Niby wszystko na swoim miejscu, ale czegoś jeszcze brakuje.
Niezły start gwarantuje "Leave It Behind Us". Poskładany z pędzących i wolniejszych części, z porywającą solówką gitarową, może się podobać. Daleko jednak do zachwytu nad całą kompozycją. Drażnią klawisze - przesłodzone lub niezbyt trafnie korespondujące z resztą instrumentarium. "You" rusza z mocniejszym i ciekawszym riffem. Powala w nim trzymający w napięciu refren, ponownie świetnie wybrzmiewa solówka - trzeba przyznać, że indywidualne popisy gitarowe są bardzo mocnym punktem całego programu. Gdyby reszta utworu trzymała ten poziom, mielibyśmy fenomenalny kawał muzy. Kolejny na liście "Wrong" to potencjalna ballada, która, mimo bogatszej aranżacji, nasuwa miejscami luźne skojarzenia z Whitesnake. Tutaj mocną stroną są wkomponowane ze smakiem, partie chóralne i smyczkowe. Następnie intensywnym wstępem zaskakuje "Frozen" - można być pod wrażeniem pracy perkusji i energicznego riffu. Z dotychczas omówionych, szybszych utworów, ten prezentuje się najciekawiej - umiejętne stopniowanie napięcia, bez zbędnej nadwyżki elektroniki, chwytliwy refren i mocny szlif gitarowy - tak to powinno brzmieć.
"Restoring The Loss" prezentuje nośny motyw przewodni; z przyjemnością się tego słucha. Czuć, że muzycy kombinują, chwilami starają się utrudnić sobie życie i wychodzą z tego obronną ręką. Przejmujące zaśpiewy z początku "To Fit The Mold" ustępują solidnemu, ciężkiemu riffowi. Dalej mamy zróżnicowanie emocjonalne, ale całość, mimo starań muzyków, nie rzuca na kolana. "Out of Reach" prezentuje się znacznie ciekawiej - solidny motyw gitarowy, umiejętne operowanie głosem, podniosły refren. Utwór niedługi, świetnie skonstruowany słucha się bez chwili znużenia. "The Phantom Letters" miesza elemetny akustyczne, elektryczne i klawiszowe z partiami smyczkowymi, co daje niebanalny efekt i mimo łagodności utworu, ciąży nad nim duch niepokoju. Oczywiście względnie postrzegany, ale jednak. To chyba najbardziej epicka kompozycja albumu.
Pięć zamykających płytę kompozycji można potraktować jako autonomiczną całość. Intrygująco brzmi "The Disease...'- niezwykle chwytliwy, ze świetną linią klawiszową i przejmującym śpiewem - nie może pozostawić nikogo obojętnym. Szkoda, że utwór nie otwiera albumu. Płynne przejście w następny "It Comes From Within" ma chóralny wymiar, po którym następuje ostra jazda. Średni tonaż, przy wspaniałej pracy gitarowej i niemalże nieustającej podwójnej stopie. Melodyjnie, ale z pazurem. "Free" dotyka delikatniejszej nuty choć nie brak mu charakteru, dzięki tłom smyczkowym i harmoniom wokalnym. Przyjemnie się tego słucha, przy czym nie ma poczucia miałkości. Niepozorny z początku "I'm Drowning Alone", zyskuje w trakcie rozwijania się ścieżki, głównie dzięki prostym, chwytliwym riffom i partiom smyczkowym, choć to najsłabszy moment omawianego konceptu. Jego zwieńczenie, jak i całego albumu - "...And The Distance' - poza spokojnymi partiami fortepianu, zaskakuje wyraźnymi kobiecymi wokalizami, które dodają wzniosłej kompozycji nieodpartego uroku.
Zespół zdaje się rozkręcać w miarę trwania płyty. O ile jej końcówka błyszczy, o tyle początek pozostawia spory niedosyt. Zdarzają się fragmenty dłużące się, czasem okazuje się, że zabrakło inwencji na ciekawsze, bardziej absorbujące rozwinięcie tematu. Nie można zarzucić muzykom braku doświadczenia - po wydaniu siedmiu albumów studyjnych nie może być o tym mowy. Żałuję, że całość nie trzyma poziomu narzuconego przez ostatnie kompozycje, które zgrabnie tworzą wyobrażenie, jak mogłaby wyglądać naprawdę solidna, wspaniała następczyni 'Torn' z 2008. Rzeczywistość pokazuje jednak, że "Glorious Collision" to materiał po prostu dobry. Gdyby darować sobie kilka utworów, a fragmenty pozostałych doszlifować, mielibyśmy do czynienia z dziełem wielkim.
Zbigniew Rogulski


Evergrey
Aktualności


Komentarze