Scorpions „Lovedrive”
28 Kwietnia 2011
Po słabym "Taken by Force", nie bacząc na falę krytyki, niemiecka formacja w 1979 roku wydaje swój szósty długogrający album "Lovedrive". W zespole dochodzi do przetasowania. W miejsce Ulricha Rotha zatrudniony zostaje mało znany dotąd Matthias Jabs. Z kolei do łask zespołu powraca Michael Schenker, z którym wcześniej nagrano debiutancką płytę. Płyta zawiera dziewięć stosunkowo krótkich kompozycji. A całość materiału zamknięta zostaje w niespełna 40 minutach! Różnorodna stylistyka, lawirująca niekiedy na pograniczu heavy metalu, przeplatana jest pięknymi balladami.
"Loving You Sunday Morning", utwór otwierający album, informuje nas, że nie będzie to zwyczajne szarpanie w druty i bezsensowne walenie po garach. Na wyróżnienie zasługuje tu zgrabna a zarazem porywająca solówka Matthiasa Jabsa. Gitary warczą, głowa się kiwa, ale... to dopiero początek. Nadchodzi bowiem "Another Piece Of Meat", kawałek bezsprzecznie ocierający się o heavy metalową estetykę. Świetny riff, nieszablonowe przejścia na perkusji i refren zapadający nam na długo w pamięć. Smaczku dodaje niesamowicie skrzeczący wokal Klausa Meine i niesamowicie brutalne partie gitarowe Michaela - klasyka rocka!
Zespół daje nam chwilę na wytchnienie. Z głośników wybrzmiewa "Always Somewhere". Porywająca ballada o pięknym motywie przewodnim, opowiadająca historię muzyka, który wobec natłoku pracy zapomina o swojej najdroższej. Potem, jak to zwykle bywa, niestety jest za późno, by wszystko odkręcić. Pasja przeistacza się w smutek i tęsknotę. Wszystko niby takie banalne, a mimo tego mięknie serducho. Chusteczki jednak proszę odłożyć na bok, gdyż Skorpiony fundują nam niesamowicie jadowity, wgniatający nas w fotel utwór instrumentalny - "Coast to Coast". Ten niespełna pięciominutowy kawałek, to monumentalne heavy metalowe solo Schenkera. Nie ma czasu na dłuższe egzaltacje. To dopiero początek zabawy, jaką fundują nam sąsiedzi zza zachodniej granicy.
"Can't Get Enough" charakteryzujący się szaloną sekcją rytmiczną, nietuzinkowymi solówkami przeplatającymi się ze skwierczącym wokalem i kapitalnym tekstem, który próbujemy śpiewać wraz w wokalistą: "Burnin glipshetaste of life. High energy hot feelings. Heavy sounds to feel alright. And Rock'n' Roll for Speed Kings my love. I can't get enough. We can't get enough". Totalny odjazd! Absolutny killer! Słysząc ten drapieżny riff i niezwykle jadowite bębny czekam na jeszcze więcej hardrocka! W tym momencie uzmysławiam sobie, iż obcuję z czymś wyjątkowym. Nie bacząc na ciszę nocną zdzieram gardło wraz z Klausem - i tak jest za każdym razem, gdy odpalam ten krążek.
Zespół niestety opada z sił, przejawem tego jest zdecydowanie słabszy "Is There Anybody There?" Utwór staje się monotonny przez bardzo ospałą, akustyczno-elektroniczną linię melodyczną. Sekcja perkusji wydaje się bardzo ociężała, a i wokalista nie przejawia większej chęci do śpiewania. Ten stan rzeczy jest na szczęście chwilowy. Następuje koniec naszego delikatnego cierpienia, gdyż oto bombarduje nas ostry jak brzytwa utwór tytułowy. Niesamowita galopada na bębnach w stylu Johna Bonhama (Led Zeppelin), cudowne wejście wokalu i niesamowicie wykrzyczany refren: "It's a lovedrive on wheels of fire. A lovedrive just one desire love. You drive me crazy babe". Przysłowiową wisienką na torcie jest popis umiejętności braci Schenker. Każdy po takim szaleństwie oczekuje chwili wytchnienia i... je otrzymuje.
"Holiday" to utwór zamykający płytę Lovedrive. Niewątpliwie dający przepustkę zespołowi do światowej elity mocnego brzmienia. Melodyjne, niesłychanie klimatyczne i kojące duszę partie gitarowe to miód dla każdego. Ekspresyjny a zarazem melancholijny wokal rozbrzmiewa z naszych głośników. Wokalista wzbija się na wyżyny swoich umiejętności, eksponując niesamowitą barwę wokalu, która idealnie współgra z gitarami. Księżycowe intro burzy lekkie pokrzykiwanie, wejście perkusji i gitary elektrycznej, której w początkowej fazie towarzyszy nastrojowy chórek. Na chwilę zapominamy o otaczającym nas świecie i odpływamy gdzieś daleko, daleko... Perełka tego albumu i być może najpiękniejsza kompozycja, jaką udało się wydać pod szyldem zespołu.
Od tego momentu charakterystyczny styl, jaki wypracował zespół będzie rozpoznawalny przez fanów muzyki rockowej na całym świecie. Ostre i przestrzenne brzmienie, wyrafinowane solówki gitarowe oraz nieograniczone możliwości wokalne Klausa Meine stawiają zespół obok takich sław hard rocka jak Rainbow czy Deep Purple. Natomiast sam album, łącząc brutalne partie gitary z szybko zapadającymi w ucho melodyjnymi refrenami, pięknymi balladami jest obowiązkową pozycją w każdej fonotece.
Damian Ciura


Scorpions

(4)
Aktualności


Komentarze