Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


John Porter „Back In Town”

12 Maja 2011

"Back In Town" to dwudziesta czwarta płyta z udziałem walijskiego muzyka Johna Portera. W kontekście tak bogatego dorobku artystycznego, wysokie wymagania co do najnowszego albumu piosenkarza zdają się być uzasadnione. Sam Porter opisuje nowe muzyczne dziecko w następujących słowach: "Album jest opowieścią. Postępującą podróżą wstecz, sumą przebłysków, zamazanych obrazów, pół prześnionych, pół zapamiętanych zdarzeń". Te słowa znajdują głębokie odzwierciedlenie na "Back In Town". "Miłość - pisze dalej John - to tutaj tylko niewinny, przypadkowy świadek". Patrząc na oczy Johna, spoglądające na nas zimnym, nieco cynicznym i obojętnym spojrzeniem z okładki albumu, można odnieść wrażenie, iż płyta nie zaskoczy nas niczym ciekawym. Co nowego może mieć do powiedzenia przestarzały, zgorzkniały rockman po sześćdziesiątce? Jakże mylny jest taki sposób myślenia. O tym jednak później.

"Back In Town" to jedenaście miłych dla ucha, prostych, nieskomplikowanych piosenek. Kompozycje utrzymane są w stylistyce "tradycyjnego" brytyjskiego rocka. Aranżacje opierają się głównie na nieśmiertelnych gitarach, delikatnej perkusji oraz sporadycznych wstawkach klawiszowych. Album rozpoczyna się dość tajemniczo. Tytułowy "Back In Town" to idealny kawałek "na otwarcie". Singlem promującym płytę jest utwór "Piece of Paradise". To zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji, jakie oferuje nam ów krążek. Do przysłowiowych "perełek" należy również "Lawrence". Warto zwrócić uwagę na fantastyczny, nieco refleksyjny "No More Whisky". Końcówka albumu wprost poraża nas swoim optymizmem, wnosi nadzieję na lepsze jutro. "Tired On The Way" to jedna z piosenek potrafiących przywrócić człowiekowi umiejętność patrzenia na świat przez pryzmat kolorów i pozytywów, jakie niesie ze sobą przyszłość. "In The Middle of The Night" miał być z pewnością energetycznym wstrząsem, jednak wydaje mi się, że John ma już za mało sił na tego typu muzyczne szaleństwa.

"Back In Town" posiada wiele odcieni. Z jednej strony ukazuje człowieka zmęczonego życiem, przytłoczonego szarą codziennością ("No More Whisky"). Z kolei piosenki takie jak "Best Deal Around" to jakby początek czegoś nowego. Nie wiedzieć czemu, ta ostatnia zdaje się być dziwnie "kobieca", zaskakująco nie pasująca do całokształtu wizerunku scenicznego Johna. Porter swą twórczością kreuje się na rasowego, męskiego rockmana, który wiele w życiu przeżył i posiada szereg słodko-gorzkich wspomnień, nad którymi rozmyśla przy szklance whisky.

"Back In Town" zdaje się wyznawać zasadę zdrowego umiaru. Jest nieco minimalistyczny, pozostawia słuchacza z intrygującym niedosytem. Całość prezentuje się dość spójnie i klimatycznie. Wokal Johna nie wyróżnia się niczym specjalnym, zaryzykuję stwierdzenie, iż jest on całkiem przeciętny. Jednak mimo tego, idealnie wpasował się w całokształt, który umiejętnie tuszuje mankamenty głosu. W krótkim wstępie dołączonym do płyty Porter pisze: "Kiedy wchodziłem do studia, po raz pierwszy wiedziałem czego szukam". Niestety w muzyce Johna nie słychać, że chodziło mu o konkretne brzmienie. Płyta mimo wszystko zdaje się być chwilami eksperymentalna, czasem wkrada się w nią nuda. Duży dorobek artystyczny nie zawsze gwarantuje muzyczną dojrzałość. Możemy się domyślać, iż w ciele starego rockmana wciąż kryje się uwięziona, pełna młodzieńczego zapału dusza dwudziestolatka. "Moje palce wciąż rwą się, aby złapać gitarę i zagrać coś, czego nie grałem, zaśpiewać coś, czego nie zaśpiewałem, wyjść przed ludzi, których wcześniej nie spotkałem..." - pisze Porter. Prawdziwe oblicze artysty pozostaje nadal tajemnicą. Czekamy na potwierdzenie słów Walijczyka.

Ten album jest jak dobra kawa. Ma subtelny aromat, charakterystyczny kolor, jednak w jej smaku pojawia się gorycz i pewien nieprzyjemny posmak. Warto czasem wypić małą filiżankę takiego ekscentrycznego i specyficznego muzycznego espresso. John Porter, żyjąc w świecie, gdzie muzyka ewoluowała już chyba na wszystkie możliwe sposoby, nadal uparcie tkwi w brzmieniach z przeszłości. Nie poddaje się presji kultury masowej, pozostaje dalej przy swej charakterystycznej, skrajnie staromodnej i archaicznej koncepcji. Tworzy muzykę całkowicie po swojemu, ucząc się na własnych błędach. Nie jest perfekcyjnie dopracowana, nie prezentuje zbyt wysokiego poziomu muzycznego. Jednak najważniejsze, że jest prawdziwa. Słuchając "Back In Town" wiem, że John Porter niczego nie udaje. Album to opowieść o życiu, wspomnieniach, o nim samym. Być może to właśnie ów brak pokory i bezwzględny upór w swych dążeniach pozwolił Johnowi pozostać na swej własnej drodze oraz zachować indywidualność. Właśnie takiej postawy życzę wszystkim zdolnym ludziom, którzy chcą nazywać się artystami. Szkoda tylko, że współczesna publiczność często woli wyretuszowany, tani fałsz, niż prawdziwe oblicze artysty.

Monika.Pyzio

Ocena recenzenta:
  • Ocena 3/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 0/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
0/5 (0)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
18.3.2011

Wydawca:
Good Music Society/ Agora

Lista utworów:

Back In Town - 4:53
Piece of Paradise (Betty Blue) - 4:10
Evil One - 3:18
Never Really There - 3:12
Lawrence - 3:47
No More Whisky - 5:17
In The Middle of The Night - 3:35
Lightning Tree - 4:41
Best Deal Around - 4:10
Round To The Sound - 4:42
Tired On The Way - 3:43

Informacje o wykonawcy

John Porter

Inne recenzje płyt wykonawcy

John Porter - Honey Trap
John Porter „Honey Trap&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Kamil Pietrzyk
Copyright © Rock Magazyn 2001-2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.