KAT & Roman Kostrzewski „Biało-czarna”
31 Maja 2011
Który Kat jest tym właściwym? Trafne pytanie, obiektywnie pozostające bez odpowiedzi. Sami fani zdecydowali jednak na korzyść inkarnacji z Romanem Kostrzewskim i Ireneuszem Lothem w składzie. Wykrzykując na koncertach sławetne hasło "Nie ma Kata bez Romana!", dawali wyraz swoim oczekiwaniom względem przyszłego charakteru zespołu. Pod szyldem "Kat & Roman Kostrzewski" ukazała się właśnie "Biało-Czarna".
Pod wieloma względami płyta odbiega od wcześniejszych, klasycznych wydawnictw zespołu. Przede wszystkim słychać, że współczesność odcisnęła tu swoje piętno - tak pod względem brzmienia, jak i zawartości muzycznej. Album brzmi całkiem surowo, choć nie można mieć wątpliwości, że mamy do czynienia z produkcją XXI wieku. Można się zastanawiać, gdzie Kat zgubił swoją muzyczną poetyckość.
Ta niewątpliwie ważna cecha dla przekazu zespołu została zastąpiona mocą i energią, które pełnią główną rolę i stanowią siłę napędową albumu. Same kompozycje robią wrażenie prostszych niż to było dawniej, mniej jest zaskoczeń i zwrotów akcji. Szkoda, że dramaturgia najnowszego krążka ustępuje swoim klasycznym poprzedniczkom. Szacunek budzi za to atmosfera, jaką udało się uzyskać - złowieszcza, potępieńcza. Tutaj namacalnie czuć, że coś złego wisi w powietrzu. Miejscami album może przypominać preludium do końca świata. Za co mu chwała.
Same kompozycje stanowią z reguły dłuższe, ponad pięciominutowe całości. Nie znajdziemy tu czysto thrashowego łojenia, a raczej soczysty szlif. Czy można zarzucić zespołowi nadmierną prostotę kompozytorską? Kwestia sporna - miejscami brakuje większego zróżnicowania, ale rekompensuje to potęga dźwięków. Co do tekstów, również mamy do czynienia z uwspółcześnieniem przekazu. Odnaleźć można wiele odniesień do czasów obecnych, nawiązań do sytuacji społeczno-politycznej - choć treści te są zamknięte w klasycznej dla zespołu formie. Jest poetycko, jest dobitnie. Można mieć wątpliwości względem charakteru wokaliz, które są mało czytelne i miejscami nie obędzie się bez zaglądania w druki tekstów. Taki "zwierzęcy" wyraz potęguje moc albumu, jednak traci przy tym znaczenie słów.
Tak czy inaczej - to porządny, solidny album, którego słucha się z przyjemnością. Pomimo przeniesienia ciężaru muzyki na czystą, soczystą moc, kosztem bogactwa kompozycyjnego, Kat pozostał Katem. Zespół wykonał pewny krok naprzód. Pozostaje nadzieja, że na następne wydawnictwo nie przyjdzie nam czekać tak długo. Być może będzie ono nosiło znamiona syntezy klasycznej przeszłości ze szlifem współczesności?
Zbigniew Rogulski




Aktualności


Komentarze