Starvin' Marvin „Marvin mówi”
2 Czerwca 2011
Istnieją od 2009 roku. Właśnie wydali swoją pierwszą EP-kę. Tyle o nich wiadomo na pewno, reszta to jedna wielka niewiadoma. Historia o zagłodzonym dzieciaku - mordercy, na cześć którego rzekomo chłopaki nagrali ten mini album, dosyć skutecznie podsyca zainteresowanie grupą. Oni sami jednak niewiele o sobie mówią. Starannie i w skupieniu rozgrywają swoją partię. Nic nie zdradzają, niczego nie dementują. Nie chcą mówić o swoich inspiracjach, nie zdradzają planów na przyszłość. Tytuły utworów zastąpili liczbami, które rzekomo też mają swoje uzasadnienie. Ten zespół zrobił wiele, by przekonać nas, że nie powstał bez powodu, ale też jego samego zdradzić nam nie chce! Odejdźmy więc od enigmatycznych tłumaczeń i domysłów...
Starvin' Marvin wyraźnie chcą zaproponować polskiemu słuchaczowi coś nowego. Utwory na tej płycie są dosyć zróżnicowane. Trudno też o porównania. Gdzieniegdzie padły nazwy Led Zeppelin, The Beatles, Prodigy... ale to chyba tylko z tego powodu, że chłopaki wymienili te grupy w wywiadzie. Led Zeppelin grali ciężko, a Beatlesi potrafili tworzyć przepiękne przebojowe melodie. Tymczasem Starvin' Marvin, choć momentami rzeczywiście grają z hardrockowym rozpędem, to jednak trudno porównywać takie granie ze starą hardrockową szkołą. Klimat nagrań zbliża ich bardziej do wczesnego The Cure skrzyżowanego z Joy Division i przyprawionego "gotycką" elektroniką.
Słuchając płyty wyczuwa się niepokojący chłód, beznamiętność, która jednak jest sposobem wyrazu a mimowolnym rezultatem. To właśnie melancholia tych nagrań zadecydowała u mnie o takich, a nie innych skojarzeniach. Jednocześnie nie słyszę tutaj odniesień do twórczości Prodigy. Przestrzenność tych nagrań może natomiast sugerować inspirację rockiem progresywnym. Na pierwszy plan wysuwa się głęboki, mocny bas, głuche, oszczędne uderzenia perkusji oraz pajęczyna dźwięków syntezatorów. Nie ma tu także przebojowych prostych piosenek w stylu wielkiej czwórki... zapomnijcie!
Starvin' Marvin proponują nam krótką, lecz treściwą muzyczną podróż w enigmatyczny świat domysłów. Umiejętnie żonglują napięciem. Z dużą łatwością potrafią przejść od spokojniejszego do mocnego grania (115), odważnie flirtują z elektroniką (130), gdzieniegdzie słychać nawet echa Republiki (końcowy fragment 155). Co najważniejsze, Ci młodzi ludzie potrafią grać. Minimalizm ich wypowiedzi w wywiadach współgra z z tym, co proponują na płycie. Tu nie ma zbędnych dźwięków i nawet symbioza basu z syntezatorami nie jest w stanie wyprowadzić z pewności, że ta muzyka jest uporządkowana, nie przekombinowana i precyzyjnie odtworzona.
Bardzo mnie cieszy to, że wokalista śpiewa w ojczystym języku, tym bardziej, że niebanalne teksty (które trudno jednoznacznie zinterpretować) idealnie wpasowały się muzykę. Na dużą pochwałę zasługuje także produkcja płyty. Album brzmi bardzo spójnie, dźwięk jest klarowny i przestrzenny. Wyprowadzenie perkusji i basu na pierwszy plan dało moim zdaniem znakomity efekt. Jednocześnie wokal i syntezatory nie gubią się.
Starvin Marvin rozpoczynają swoją przygodę ze światem muzyki inaczej niż większość młodych zespołów. Nie dobijają się do drzwi, nie zabiegają o rozgłos a jednocześnie w bardzo sprytny sposób sami wzniecają zainteresowanie zespołem. Jeżeli tylko dacie im szansę, jestem pewien, że pójdą dalej. Na razie zrobili pierwszy krok - wypuścili dobrą EP-kę.
Appendix
Epka dostępna jest w formie plików do ściągnięcia oraz w tradycyjnej postaci - płyty CD.
Tommy


Aktualności


Komentarze