My Dying Bride „Evinta”
20 Czerwca 2011
Kładę od razu szyję na pieńku i stwierdzam, że My Dying Bride to zespół zdecydowanie najlepszy z niegdysiejszej brytyjskiej trójcy doom metalu, w skład której, co każde bardziej przytomne dziecko metalu doskonale wie, wchodziły także Paradise Lost i Anathema. W ich dyskografii nie odnotowuję słabszych momentów. Nie dlatego, że nadal kurczowo trzymają się sprawdzonej przez lata formuły, ale dlatego, że nigdy nie zeszli poniżej pewnego poziomu. Także pietyzm z jakim wydają każdą kolejną swoją opowieść, począwszy od dopracowanej oprawy graficznej, przez kompozycje, na lirykach i aspektach produkcyjnych muzyki kończąc, daleko zostawiają w tyle ekipy Nicka Holmesa oraz braci Cavanagh.
Inną sprawą, która budzi mój niezdrowy entuzjazm to fakt, iż najlepsze momenty w ich karierze wcale nie zakończyły się na pierwszych trzech, czterech, skądinąd doskonałych krążkach, a tak naprawdę przypadły w kwestii artystycznej na moment, kiedy pozornie ich popularność podupadła, a więc po roku 1999, kiedy wrócili z hibernacji za sprawą "The Light At The End Of The World", przedefiniowując swój styl w doskonale emocjonalnie brutalną formę, pozbawioną, wydawałoby się, integralnej części ich muzyki, czyli skrzypiec. I taki My Dying Bride właśnie, ostatecznie mnie kupił. Oszczędna forma, mielące gitary i uczuciowa moc produkowana z minimalistycznym użyciem ozdobników pochowanych w tle, wciąż trzymały i trzymają mnie przy nadziei, że nie trzeba przeginać środkami wyrazu, by poruszyć serce lub inaczej - chwycić duszę za jaja.
W chwili obecnej być może zespół nie prezentuje się już tak atrakcyjnie na żywo, jak dajmy na to na słynnym krakowskim DVD "For Darkest Eyes" z 1996 r., ale płytowo wciąż trzymają wspaniałą formę (patrz "The Lies I Sire" sprzed 2 lat). Właśnie obchodzimy 20-lecie istnienia zespołu, który postanowił uświetnić tę chwilę płytą, która choć nie jest regularną pozycją w dyskografii, to jednak w bardzo specyficzny sposób podsumowuje dwie dekady Agonii Panny Młodej.
"Evinta" w swoim założeniu podsumowująca karierę Brytyjczyków, może wzbudzać na pierwszy rzut oka nieufność. To przecież już ente wydawnictwo poza oficjalną dyską, które Aaron Stainthorpe i Andy Craighan serwują swoim fanom. Można węszyć skok na kasę, ale tym razem nic z tego. "Evinta" to projekt całkowicie pozbawiony brzmienia mielącej gitary czy też motorycznego tłuczenia perkusji, do którego ów Panowie zdążyli nas przyzwyczaić. To projekt całkowicie symfoniczny, ale ugryziony z innej strony niż zrobiła to chociażby Metallica na "S&M", czy Paradise Lost w bonusach dodanych do "Faith Divides Us Death Unites Us". Tam usilnie próbowano przerobić całe kawałki na modłę orkiestralną, tutaj zaś zaprzęgnięto najbardziej znane motywy melodyczne My Dying Bride z całej dyskografii i bazując na ich umiejętnym wplataniu, stworzono całkowicie nowe kompozycje. Stąd zapewnie patent nadania tym nowym-starym dźwiękom, takowoż nowych tytułów. Szczerze powiedziawszy tego się absolutnie nie spodziewałem.
Co więcej, gdy pojawiły się zapowiedzi tego projektu i to przy zaangażowaniu nadwornego kompozytora Bal Sagoth, spodziewałem się kolejnego nudnego odgrzania starej parówy z nowym rodzajem kosmicznej musztardy (kto słucha Bal wie o co kaman). I tutaj wtopa. Odpalam "Evintę" i mam wrażenie, że to zupełnie nowy twór. Po chwili trwania "In Your Dark Pavillon" w fortepianowych dźwiękach łapię, że to motyw świetnego "A Kiss To Remember", chwilę później rozwijający się wspaniałym operowym śpiewem, orkiestralnymi kotłami przy przejściu w barwy "For You". Składowe te same, a muzyka zupełnie nowa.
Podobnie rzecz ma się z pozostałymi kawałkami, których tytułów szczegółowo opisywać w tym miejscu wręcz nie wypada. Dlaczego? Jeżeli jesteście fanami tego zespołu, uwierzcie mi, że wielką frajdą będzie odkrywanie ich na własną rękę. Myślę o spokojnym delektowaniu się 10 minutowymi mini dziełami składającymi się na fascynującą muzyczną podróż i łowienie z nich tych
najbardziej zapadających w pamięć motywów My Dying Bride. To prawdziwa przyjemność poddania się fali mocy jaką może zaserwować tylko symfonika, przypominająca różne oblicza oceanu, raz wzburzonego, raz kojącego i napotykanie na nim znajomych kawałków drewna, masztu, kadłuba, pokładu dryfujących szczątków, być może tego samego wraku, który zdobił okładkę mini "Deeper Down" - czyt. alegorii twórczości My Dying Bride. Fascynujące są głębia i przestrzeń, jakiej te dźwięki nabrały w nowej oprawie ulatując gdzieś w nieznane w ostatnim na płycie "A Hand Of Awful Rewards", którego motywem przewodnim jest... wyciszenie.
Najdoskonalej chyba paletę barw "Evinty" oddaje chyba sama okładka, w kolorze gnijącej krwi otulającej coś w rodzaju eksplozji wzlatujących ptaków. Jest w tym jakaś elegancja, ale i krzyk, desperacja, życie, a zaraz po nim śmierć - obraz tragicznej egzystencji.
"Evinta" jest wyjątkowa jeszcze z jednego powodu. Stanowi wspaniałe ukoronowanie dotychczasowego dorobku doommetalowców z Bradford nie poprzez odegranie tego samego, lecz wyciśnięcie z dobrze znanych pomysłów czegoś więcej, oraz uwypuklenie, jak kurewsko wyśrubowana maestria tak naprawdę drzemała i nadal drzemie w ich dokonaniach. My Dying Bride to rozpacz, szaleństwo depresji, płacz nieukojonych uczuć, piękno rozdartego serca - tutaj doładowane ekspresją, jakiej jeszcze w ich wydaniu nie znaliście. Nie należę do przesadnie uczuciowych typów, ale u tych Panów zawsze słyszałem szczerość w tworzonej muzyce. Jak Aaron wił się w agonii na scenie w "Cry Of Mankind" wiedziałem, że "jest" w tej muzyce. Tak samo jest na "Evinta", która przez to, choć bez gitar, wypada całkowicie naturalnie, wręcz dziewiczo bezbronnie, do tego stopnia, że gdybym nie znał tej kapeli to pomyślałbym, że tak grali od zawsze.
Mam tylko jedno zastrzeżenie. Najbardziej porażające numery przygotowane tym razem, znalazły się na... trzecim dysku "Evinty", który (kto zgadnie?) nie jest wersją podstawową. Regularnie płytę zakupicie w wersji 2 CD, za trzeci krążek już dopłacicie kolejne dwieście złotych. Trochę szkoda, ale takie prawa rynku, a może prawdziwych fanów. W końcu tylko oni po to sięgną.
Megakruk


Aktualności


Komentarze