Black Country Communion „Black Country”
24 Czerwca 2011
Do supergrup rockowych należy podchodzić z pewną dozą sceptycyzmu. Nigdy nie można być pewnym tego, czy żywot zespołu muzycznego składającego się z kilku uznanych indywidualności będzie długi i owocny w dzieła. Historia wielokrotnie pokazywała, że w tego typu zespołach prędzej czy później pojawiały się spory natury artystycznej, finansowej, etc..., co skutkowało najczęściej jak nie rozpadem, to wegetacją zespołu przy jednoczesnym zaangażowaniu się muzyka w inne projekty poboczne, czy też skupieniem na zespole macierzystym. Dobrze, gdy na ten konglomerat gwiazd składa się kilku znanych stąd i zowąd kumpli, którzy nagle postanawiają ze sobą pograć i coś wartościowego stworzyć. Wtedy i słuchacz odczuwa, że materiał jest niewymuszony, a jego twórcy czuli dużą radość w czasie procesu tworzenia.
A i czasami zdarza się, że grupa powstaje przypadkowo i nawiązuje się pomiędzy jej członkami chemia. Tak się stało w przypadku Black Country Communion. Inicjatorem powstania grupy, spiritus movens tego przedsięwzięcia stał się producent Kevin Shirley. Skład przedstawia się znakomicie. Trzon stanowi fenomenalny gitarzysta blues-rockowy Joe Bonamassa wraz z legendarnym "głosem rocka", słynącym z niebywałego pracoholizmu - Glennem Hughesem. Z takiego połączenia musi wyjść coś dobrego. Miejsce za zestawem perkusyjnym zajął Jason Bonham - syn legendarnego bębniarza Led Zeppelin, a za partie klawiszy odpowiada znany m.in. z Planet X czy Dream Theater - Derek Sherinian. Z wywiadów z muzykami można wywnioskować, że panowie nie traktują tego zespołu jak jednorazowej przygody, czego dowodem jest drugim album, który ukazał się w czerwcu 2011.
Za kompozycje w zdecydowanej większości odpowiada duet Hughes-Bonamassa. Natomiast strona liryczna to w głównej mierze dzieło śpiewającego basisty. Pod względem stylistyki, w przygotowanych kompozycjach dominuje wysokiej jakości hard rock z oczywistymi wpływami muzyki bluesowej. Jest to hard rock w nieco konserwatywnym ujęciu. Utwory w znakomitej większości nagrywano na setkę; nie ma też na płycie miejsca dla eksperymentów z brzmieniem, czy elektroniką. Tak uwielbiana przez Hughesa muzyka funk czy soul na tym materiale nie pojawia się zbyt często, a jeśli już, to niekiedy jest wyczuwalna w manierze wokalnej śpiewającego basisty oraz przebija się w bujających zwrotkach "Stand (At The Burning Tree)".
Choć jest to album tradycyjny, to można rzec, iż panowie wysmażyli materiał różnorodny. Sam początek płyty - utwór "Black Country" - zaskakuje pulsującą gitarą basową i bardzo dynamicznym tempem. W innych utworach gitara basowa nie odgrywa już tak pierwszoplanowej roli, owszem, czasami jeszcze zdarza się jej wychodzić przed szereg, ale w nie tak dużym stopniu - zazwyczaj jest nieco schowana w tle. Refren, w którym Hughes a' capella wykrzykuje swój manifest: "I am the messanger/ this is my prophecy/ I'm going back/ to the black country" musi doskonale sprawdzać się na koncertach grupy. Po bardzo dynamicznym i rozrywającym początku panowie zaskakują rasowym, rockowym hiciorem, jakim jest "One Last Soul". Utwór ten wyróżnia się refrenem, który wgryza się w pamięć i nie chce z niej zbyt szybko wyjść.
Uwagę zwraca również rozpoczynający się bluesowym riffem, świetnie ozdobiony klawiszami Sheriniana - "Down Again". Utwór ten mógłby równie dobrze znaleźć się na solowej płycie Bonamassy, a kto wie, czy w wykonaniu gitarzysty nie brzmiałby równie przekonująco? Głos Hughesa nadaje mu jednak ujmującego dramatyzmu, którego mógłby nie dać nosowy śpiew gitarzysty. Podobać może się klimatyczna końcówka utworu, w której Joe popisuje się techniką slide. Dla żądnych hard rockowego czadu są skomponowane wyłącznie przez Hughesa "Beggarman" oraz "No Time". Ciekawym zabiegiem w tym drugim okazały się orientalne orkiestracje, bliskie muzyce arabskiej. Powtarzana fraza w refrenie - "There's no time" kojarzy się nieco zbyt nachalnie ze świetnym, bardzo ciężkim utworem "Time Is The Healer" z albumu Hughesa i Tonny'ego Iommi - "The 1996 DEP Sessions", lecz myślę, że Hughesowi, który zapewne sam już nie pamięta, ile płyt nagrał w swojej długiej karierze, można wybaczyć ten drobny autoplagiat.
Generalnie piosenki na płycie trzymają bardzo wysoki poziom. Bonamassa wygrywa coraz to lepsze solówki, Hughes zachwyca swoją formą wokalną i udowadnia, że w wieku 58 lat można nadal zachwycać. Można się zgadzać bądź nie z tezą, że jest on w najlepszej formie wokalnej spośród rockowych weteranów, ale przyznać trzeba, że włożył w ten album wiele serca, energii, a przede wszystkim - duszy. Dla fanów starego hard rocka z lat 70-tych zespół przygotował niespodziankę, jaką jest cover utworu "Medusa" z repertuaru zespołu Trapeze, w którym Glenn Hughes stawiał pierwsze profesjonalne kroki, a teraz, po blisko czterdziestu latach, puszcza oczko do swoich korzeni. Kilkukrotnie do mikrofonu podchodzi również Joe Bonamassa, który śpiewa główne partie wokalne w dwóch utworach: "Song Of Yesterday" i "The Revolution In Me" oraz dzieli mikrofon z Glennem w "Sista Jane" i "Too Late For The Sun".
Szczególnie wrażenie robi "Song Of Yesterday". Jest to utwór długi, bo trwający ponad 8 minut, i dzieje się w nim bardzo dużo: płynnie przechodzi ze spokojniejszych dźwięków do mocniejszych, aby uraczyć słuchacza długą i bardzo piękną solówką gitarową. Jedynym utworem, który wynikł z zespołowej współpracy, a dokładnie, z zespołowego jammowania, jest ostatni na płycie, najdłuższy, progresywny w swojej strukturze - "Too Late for the Sun". Zespół postawił w nim na niepokojący klimat, za który odpowiada sekcja rytmiczna oraz klawisze. Kompozycja ma w sobie dużo z ducha starego hard rocka, co jest wyraźnie słyszalne w refrenie. W tak rozbudowanym utworze każdy z muzyków ma swój moment na popis, więc oprócz solówki Bonamassy, możemy usłyszeć basowe podchody Hughesa oraz solo Dereka Sheriniana na klawiszach.
Pierwszy album Black Country Communion jest bardzo dobrym i solidnym materiałem. Co najważniejsze, czuć na nim radość z grania. Nie jest to materiał, który został nagrany z przymusu, nie towarzyszyła jego powstawaniu ani presja wytwórni, ani presja fanów. Słychać, że płyta nie została zrobiona "na odczep się". Oczywiście jest jak najbardziej profesjonalnie skomponowana i wyprodukowana. Niewątpliwie nawiązała się między muzykami chemia, skoro po tak krótkim odstępie czasowym wydali kolejny album, a Glenn Hughes w wywiadach już zapowiada pracę nad kolejnym. Można się spierać, czy na dzisiejszej scenie muzycznej jest miejsce dla starych hard rockowych brzmień, ale najlepiej posłuchać i samemu ocenić.
Kamil Pietrzyk



Aktualności


Komentarze