Morbid Angel „Illud Divinum Insanus ”
27 Czerwca 2011
Bycie królem gatunku i przewodzenie w stadzie to nie do końca fajna sprawa. Wciąż trzeba poszerzać terytorium egzystencji, utrzymywać stare, przynależne obszary, odpierać ataki innych i rozsiewać własny kod genetyczny na potęgę, celem utrzymania szlachetnej, królewskiej linii. Niby to prawidła pasujące do królestwa zwierząt, nie inaczej jednak mam wrażenie jest na polu deathmetalowej rodziny, w której odwieczną rolę Simby grzywogłowego pełni, jak każdy dobrze wie, Morbid Angel.
Choć nie należą do moich ścisłych faworytów, nie mogę nie docenić wiekopomnego wpływu, jaki commanndo Treya Azgthotha wywarło na obraz całego gatunku, czyniąc go przy okazji czymś więcej, niż tylko dawką niekontrolowanego łomotu. Są w tym miejscu tym, czym dla heavy metalu Judas Priest, czy dla thrashu Slayer - absolutnymi klasykami, od który zawsze oczekuje się z wytęsknieniem płyt, które zbawią gatunek, przez wielu odbierany już jako zmurszały. Po ośmiu latach oczekiwania, w końcu utęskniony lud się doczekał. "Illud Divinum Insanus", wedle tego co napisałem wyżej działa po raz kolejny jako próba wytyczenia nowych standardów w tym typie grania, wyraźnie odreagowując przyczepiony Morbid Angel (po odsłuchu dwóch poprzedzających go płyt,) epitet - "spłowiały". Mam jednak wrażenie, że więcej w tym desperacji, niż trafionego i przemyślanego ruchu.
Początek "Illud Divinum Insanus" w postaci intro "Omni Potens" nie jest jeszcze nawet zajawką tego, co dalej dzieje się na tej płycie. To żadna nowość, że nawet najbrutalniejsze krążki zaczynają się jakimś samplem sklecionym z trąb, pojedynczych tąpnięć perkusyjnych, czy wyryczanych przez frontmana, bliżej nieokreślonych "ochów" i "achów". Robi po prostu to, co do niego należy - wprowadza w brzmieniowy aspekt płyty, tutaj zapowiadając najprzejrzyściej brzmiący wolumin w karierze Morbidów. To zaś, co po nim następuje, to już zupełnie inna bajka, której pierwszy rozdział nazwano buńczucznie "Too Extreme!". Nie wiem, czy Oni tak na serio, czy też to sposób puszczenia oczka do fanów, dla których przejście na dancefloor będzie "zbyt ekstremalne", bo ten wałek jest niczym innym, jak zlepkiem przetworzonego riffu, wokali przelecianych we wszystkie otwory przeróżnych przetworników i zdigitalizowanej, monotonnej perkusji. Nie jest to jednak jego największą tragedią, a wplecenie jakiegoś wyjętego z czeluści kloacznych, gromkiego "ooooooo!", przypominającego pomruk rannego łosia, lub okrzyk tryumfu po uporaniu się z wyjątkowo bolesnym zatwardzeniem. Może i wyszłoby to, gdyby stanowiło przedłużenie interludium "Illud...", ale podawanie tego jako pełnoprawnego wałka zakrawa na mało śmieszny żart.
Na szczęście w chwilę potem Vincent i Azagthoth uderzają już zupełnie klasycznie, w swoim starym stylu za pomocą miażdżącego "Existo Vulgore" - dla każdego coś miłego - centrale, mordercze tempa perkusyjne i rewelacyjna solówka Treya w finale choć na chwilę przypominają, kto w tym biznesie rządził i dlaczego. Kalkowo podobnie akcja rozrywa słuchacza na strzępy w "Blades Of Ball", którego druga połowa to ukłon w stronę klasycznego thrash metalu namaszczonego przez Slayer. Ale przecież wiemy, że Morbid Angel to nie tylko prędkości światła, ale i najcięższe w deathmetalu momenty obeliskowych wręcz zwolnień, stąd w tym miejscu do akcji chce wkroczyć "I Am Morbid", który rzeczywiście dopakowany jest ciężarem niezgorzej od ruskiego lodołamacza, ale jakby to napisać, skandowanym na bezczelnie hardcore'ową modłę wokalem, sam kładzie sobie skórkę od banana po kopyta, ostatecznie miast miażdżyć, robiąc radosne fik z nóżkami pod sufit.
Równie frajersko, niestety, rozpoczyna i kończy się "Destructhors Vs. The Earth/Attac", w którym nawet niewprawne ucho dostrzeże fascynację dokonaniami którejkolwiek ekipy z grona niemieckiego - hutniczo kroczącego metalu industrialnego. Normalnie pełen "fun", "umc - umc" w tle, mocny rytm i jakieś "hail" z mikrofonu. Ale to i tak nie wszystko, na co stać chłopaków w ramach "Illud Divinum Insanum". Przecież można wystawić dupsko nieco dalej, by każdy, nawet taki leszcz jak ja mógł w nie trafić. Oto przed nami wielki highlight - "Radikult" - skoczny, fajowy i na swój sposób mocny, tylko czemu po którymś tam przesłuchaniu miast pożal się szatanie nowinek słyszę w nim nawet dalekie odbicie "Passenger" The Stooges? Heh, nawet wyrafinowane solo w drugiej połowie trwania tego faktu raczej nie zaciemni. Ktoś powie: "ok, ok, Morbid to przecież nie tylko metal, robili remixy Laibach, robili to, robili tamto, wywarzali drzwi i okiennice". Oczywiście, że tak, tym razem jednak mam wrażenie, że przy tym wywarzaniu wzięli chyba zbyt mocny rozpęd, robiąc sobie krzywdę, o ile samoistnie przez wspominane okno nie wylatując.
Jest na tej płycie i death metal i to więcej niż porządny. Jego barw bronią czy to singlowy "Nevermore", czy "Beauty Meets Beast", ale nawet one swoim wspaniałym natężeniem nie są w stanie zmyć gorzkiego posmaku, jaki pozostawiją po sobie tzw. Eksperymenty. Oddając nawet całą sprawiedliwość innowacjom, nie sposób nie stwierdzić, że takie zabiegi, jak opisane powyżej to już w latach 90-tych pomniejsze stosunku do Morbid Angel kapele, nie dość, że zastosowały i opatentowały, to jeszcze lepiej zrobiły. Wciąż słychać, jak wspaniałym gitarzystą jest Trey Azagthoth, jak wspaniale za garami poradził sobie Tim Yeung, zastępując Sandovala, ale są to jedynie strzępy i odgrażanie się połamaną pięścią. Nie boczę się na Danzig za "5:Blackecidevil" czy "666:Satan's Child", bo zrobił to zawodowo, mam pretensje do Morbid, bo w całym swym majestacie oddali stolec z antenkami i drucikami, który nawet miejscami chce bawić, ale w ogromnej większości nuży. W najprostszym ujęciu - trochę deathmetalu, trochę cholera wie czego (vide: "Profundis - Mea Culpa") - czy to aby na pewno nie miało być EP lub mini CD, względnie nowa płyta żony Vincenta i Genitorturers?
Megakruk


Aktualności


Komentarze
18:16, 04-07-2011 | zgłoś
ha i takiego Megakruka lubie.Świetna recka....
08:19, 03-07-2011 | zgłoś
Właśnie słucham:-) na razie cool