Arena „Pepper's Ghost”
Arena przez dziesięć lat istnienia na muzycznym rynku zdążyła wypracować sobie zarówno właściwą sobie pozycję, jak i charakterystyczny styl. Masywne brzmienie, momentami wręcz przytłaczające akordami tak obfitymi jak kształty Clive'a Nolana, zmiany tempa i nastroju, wreszcie pojawiające się tu i ówdzie liryczne solówki - neo-progressive żyje i ma się dobrze!
Odważne wycieczki w rejony muzyki cięższej i mroczniejszej, jakich świadectwem był Contagion, tutaj zyskują swoją kontynuację. Jednak uzupełnienie ich o szereg klasycznie neo-progowych rozwiązań brzmieniowych powoduje, że prog-metalowe zapędy, głównie Johna Mitchella nie męczą i nie przytłaczają, co zdarza się często zespołom typu Dream Theather. Bardzo dobre wrażenie robi otwierający całość Bedlam Fayre, który z właściwą dla zespołu energią wprowadza w ich muzyczny świat - i robi to wyśmienicie, podobnie jak na Immortal? było to udziałem Choosen. Nie brakło też momentów spokojniejszych i stonowanych, jak The Eyes of Lara Moon oparte o dość niecodzienny, a przez to przykuwający uwagę pochód akordów czy pierwsza część Tantalus. Wreszcie w odpowiedniej ilości jest podniosły, bliski patosu nastrój, do jakiego Arena przyzwyczaiła nas przez te wszystkie lata - swój najpełniejszy wyraz znajduje w finałowym Opera Fanatica, utworze w całości skomponowanym przez Nolana. Ciekawe, że na całej płycie oddaje on często miejsce pozostałym muzykom, nie dominując muzyki swoimi klawiaturami non-stop. Oczywiście nie brak tej wzniosłości w innych nagraniach - jak choćby w Purgatory Road.
Nic nowego na tej płycie Arena nie wymyśliła. Nikt jednak od niej tego nie oczekuje. Wypracowali swój styl, który plasuje się gdzieś w nieuchwytnej przestrzeni pomiędzy tym, co neo-progresywne, a tym co prog-metalowe i ciągle trwają w nim, dopracowując i pielęgnując go, jak tylko najstaranniej się da. Efekty? Kolejna dobra płyta. Tylko albo i AŻ. Wszystko zależy od spojrzenia.
Michał "Art" Wilczyński


Arena
Aktualności


Komentarze