Djerv „Djerv”
6 Sierpnia 2011
Jestem fanem metalu. Co za durne stwierdzenie, nie? Ale naprawdę jestem, dlatego to, co zaraz napiszę nie będzie w smak wszystkim "oświeconym". Mam właśnie w rękach płytę nieznanego mi bliżej projektu Djerv. Mecenasuje temu m .in. Michał Wardzała i jego Mystic Productions, zapowiadając przy okazji materiał jako coś zupełnie nowego i kopiącego dupę. I tutaj zapala mi się czerwona lampka. Nie łyknąłem nigdy tych wszystkich wynalazków pt. stękający Czesław co to śpiewa, Gaba zowiąca siebie Kulką czy brązowego Brown. Dla mnie to kompletne przerosty, raz treści nad formą, przy innej zaś okazji formy nad treścią. Może się nie znam, może nie mam ambicji, może mam zatkane uszy, ale nijak nie daję rady ulec tej "trendowynalzczości" firmy mającej ongiś swą siedzibę w Skale. Jestem podwójnie zły, bo w ten sposób obligatoryjnie klasyfikując te nowe rewelacje z Mystic opuściłbym tak zajebisty materiał, jakim okazuje się "Djerv" zespołu o tej samej nazwie.
Pierwsza rzecz, którą wypada zaznaczyć na samym początku to to, że absolutnie, wbrew szumnym sloganom promocyjnym, mimo pokładów dynamiki i miejscami agresji, nie jest to metal, a raczej surowiej podany rock'n roll czy nawet punk. Mocarne brzmienie tej płyty może mylić, bo dupnięcie w odsłuchu rzuca na kolana. Przypominam jednak, że przesterowane gitary mieli już "Bitelsi", czy z nowszych - piewcy gimnazjalnego rocka - Linkin Park , nie jest to więc żadnym wyznacznikiem, czy cechą przesądzającą o tym, co jest metalem, a co nie. Biorąc się za samą warstwę muzyczną, ten materiał nie wyróżniałby się niczym szczególnym. Riffowania jakich wiele, perkusja skupia się na mocnym nabijaniu i to w zasadzie tyle. Tak to jednak jest na świecie, że jeden składnik, szczypta tego, czy tamtego decyduje, mimo pozornie tych samych elementów, czy coś jest daniem roku, czy kolejnym odgrzanym mielonym o smaku wczorajszego burka zdrapanego z asfaltu gdzieś pod Dzierżoniowem. Rolę tego czynnika w Djerv spełnia moja ulubiona od chwili wydania tego krążka wokalistka Agnete Kjolsrud, a raczej jej głos, i co można zobaczyć już w necie w clipie "Madman" - totalnie odjechany imidż z platynowo siwym żaglem na głowie w roli głównej.
Kobieta ta zwróciła moją uwagę już przy okazji "Abrahadabra" Dimmu Borgir, gdzie udzielając się wokalnie, w parę zaledwie sekund zostawiła daleko w tyle cały ten majdan pomysłów jaki wlecze za sobą ekipa Shagratha i Silenoza. Babka ta chyba ma turbo diesel zamiast krtani i jeżeli nie gorzałę, to już na pewno ropę naftową wali na śniadanie miast zwyczajowego "femm - esspresso". Jej wokal w otwierającym "Djerv" kawałku "Madman", rozpostarty od wrzasku, skrzeku, przez wariacki krzyk, aż do melodyjnej partii, oszołamia i całkowicie wypiera resztę instrumentów z obrazka. Prosty, rockowy, ale i fajnie na punkową modłę przybrudzony riff, będący tłem dla chropowatych popisów Agnete, autentycznie ścina mitochondria w jajkach, stawia włosy do pionu, i to we wszystkich miejscach w jakich jeszcze je posiadam. Brzmi to jak skrzyżowanie wiedźmy z jakimś, rzeczywiście, szaleńcem. Kto jednak sobie pomyśli, że na darciu mordy, aż do wyskoczenia żyłek na dupie, temat się kończy, ten jest w ogromnym błędzie.
"The Bowling Pin" o paradoksalnie pop/punkowej proweniencji pokazuje potęgę tzw. czystego, melodyjnego i zarazem przepięknego głosu tej Pani. Poezja Panie dzieju. Na kolejny hit krążka wyrasta z kolei "Headstone" gdzie niepokojące nuty brzmiące niczym żwawsza Katatonia z okresu "Last Fair Deal Gone Down", przechodząc następnie, we wręcz Abbowo atrakcyjny refren, którego eurowizja by się nie powstydziła. Inne światy? Bynajmniej, bo Norwedzy z Agnete na czele znaleźli sposób by to co do nie pomyślenia uczynić tutaj nową regułą. Wedle podobnego przepisu zbudowany jest także niezgorszy "Gruesome Twosome". "Only I Exist" znów przywodzi na myśl twórców "Viva Emptiness" z tym, że bez Jonasa Renkse za mikrofonem.
Największe zaskoczenie wciąż jednak przed nami. Kompletnym odlotem okazuje się bowiem połączenie niemal blackmetalowych pił tarczowych gitar z popową stylistyką wokalną w "Abmuse". Kapitalna rzecz - puryści spluną jadem, reszcie kopary opadną z zadowolenia. Podobny patent, lecz na większą skalę rządzi także wieńczącym "Djerv" "Immortal", który jak to Grande Finale winno czynić, odgrywa rolę królewskiego wręcz zakończenia doskonałej płyty. Tj. takiego, po którym z ustawiczną erekcją oczekujemy kolejnego wydawnictwa. Czegoż nie ma w tym numerze moi mili. Przejmujące harmonie, niepokojące melodie, skandynawsko melancholijny klimat, blackowo - elegijne kaskady gitar no i ten doskonale wkomponowany głos o natężeniu i zaangażowaniu, zdradzającymi jego faktyczne pochodzenie. To miejsce to... głębia serca Agnete Kjolsrud - inaczej być nie może.
Nie zwykłem wyściubiać nosa poza metal. Dobrze mi w moim ścieku, gdzie Czort rozdaje karty, a smoliste dźwięki degenerują mózgowie. Ma to swój niepowtarzalny urok. Co więcej, czuję się oszukiwany przez firmy fonograficzne, ongiś metalowe, wciskające dziś każdy towar, mówiąc, że im bardziej pokręcony, tym bardziej zajebisty. Tym razem jednak dostałem to, czego szukam poza śmiercionośnym mainstreamem - płytę, na której brak jest wypełniaczy, nagrywania na siłę i męczenia buły lub masturbacji i stękania sobie a muzom. "Dejrv" to muzyka szczera do bólu, czuć to w każdej sekundzie jej trwania. Wsparta fenomenalnym wokalem, który robi nieprawdopodobne rzeczy, mutując delikatność Anneke Van Giersbergen z plugawym darciem japy i zajadłością godną potwora, wprowadza w muzyczny świat nową jakość. Polecam te nagrania szczególnie na długie trasy, kiedy w końcu można wdepnąć "dechę". Tak to leci, moi drodzy - "Djerv" - objawienie tego roku.
Megakruk


Djerv
Aktualności


Komentarze