Vader „Welcome To The Morbid Reich”
28 Września 2011
Zespołu Vader nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jeśli jednak ktoś jeszcze nie doznał iluminacji, odsyłam do wujka Google ;) Powiem wprost, nowy album Vadera - "Welcome to the Morbid Reich", rozłożył mnie na łopatki. Muzykę zawartą na krążku przyrównałbym do zjawiska poltergeistu. Jest naprawdę głośno! Wiedziałem, że Peter nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Poprzednie dwa albumy były tak przewidywalne jak ramówka Polsatu na Święta Bożego Narodzenia i, bądźmy szczerzy, nie rzucały na kolana. Jednak nie zniechęciło mnie to do odsłuchu nowego dzieła polskiego guru death metalu. Kiedy wszyscy ich skreślali, oni powrócili... i to w jakim stylu. Śmiem twierdzić, że to najlepszy album od czasów morderczego "Revelation", a może i legendarnego "Litany". W moim odczuciu to chyba najbardziej techniczne dzieło w ich karierze.
Kto zasłużył na wyróżnienie? Nie mam żadnych wątpliwości - the winner is... Paweł Jaroszewicz. Jego partie bębnów to miód na uszy. Po prostu klasa światowa! (szkoda, że po nagraniu materialu opuścił zespół). Polecam szczególnie słuchanie tego "potwora" na słuchawkach, tudzież mocnych kolumnach. Zaznaczam, że nie jest to zwykłe ciupanie. Słychać u Pawła wyraźne inspiracje technicznym death metalem. Z kolei fenomenalny wokal Petera genialnie uzupełniany jest przez "skrzek" Harry'ego Maata. Naszym receptorom słuchu nie umkną również finezyjne solówki Marka Pająka.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć, ze to krok wstecz. Zgoda! Trudno bowiem nazwać poprzednie albumy za arcydzieła, o czym już wspominałem. Były to produkcje albo eksperymentalne (bardzo plastikowe) albo odchodzące bardziej w stronę thrash metalu. "Welcome..." to niewątpliwie powrót do korzeni (sam już tytuł nawiązuje do dymówki wydanej w 1990 r.). Jednakże nadal słychać fascynacje muzyków thrash metalem. Moim uszom zupełnie to nie przeszkadza. Soczyste blasty, mordercze riffy, wokal na światowym poziomie i rewelacyjne teksty. Nie ma tu słabych momentów. Dawno nie słyszałem tak piekielnie dobrego polskiego wydawnictwa. A przecież w tym roku ukazały się "Carnival Is Forever" Decapitated i "Blasphemers Maledictions" Azarath (bardzo dobrze przyjęte przez krytyków). Jednak dziewiąty album studyjny Peter'a & Co, zmiótł konkurencje z powierzchni ziemi. Chwileczkę, chwileczkę... konkurencje? Przecież to nasze rodzime kapele! Tylko jedno słowo ciśnie się na usta - "duma". Niewątpliwie to dobry rok dla polskiego death metalu. O ile po pierwszym przesłuchaniu możemy mieć nieco ambiwalentne odczucia, to drugi odsłuch nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Płyta kopie tyłek!
Jestem fanem zespołu z Olsztyna od wielu lat, dlatego trudno mi o pełny obiektywizm. Jednakże w moim odczuciu, jeśli produkcja pod okiem braci Wiesławskich nie zaskoczy fanów ciężkiego grania, to na pewno nie rozczaruje. Oczywiście najbardziej znany utwór z tej płyty to singlowy (i promujący album) "Come And See My Sacrifice". Ale na niespełna 40-minutowym krążku (nie licząc bonusów) zarejestrowano jeszcze kilka innych, niezwykle ciekawych utworów - miażdżący, napełniony całą paletą riffów "Only Hell Knows", odświeżony "Decapitated Saints", przebojowy i zarazem kąśliwy "Lord of Thorns", przesiąknięty twórczością Slayera "The Black Eye", czy wreszcie majestatyczny "I Am Who Feasts Upon Your Soul". Naprawdę konkretnych riffów tu nie brakuje. Dzieło zniszczenia dopełnia rewelacyjna okładka autorstwa Zbigniewa Bielaka.
Damian Ciura


Vader
(4)
(4.5)
Aktualności


Komentarze