Doogie White „As Yet Untitled”
13 Października 2011
Muszę przyznać, że wcześniej nie zdarzyło mi się słyszeć o Doogiem Whicie. Nie wiem, czy jest to winą mojego niedokształcenia z dziedziny historii rocka (nie oszukujmy się - studni bez dna) czy niedocenienia owego śpiewaka przez wszechpotężne, kształtujące gusta media. Moją niewiedzę uzupełniłem lekturą notki biograficznej, spisanej w języku angielskim, która to znalazła się na opakowaniu egzemplarza promocyjnego. W wielkie zdumienie wpędził mnie fakt, iż miał on okazję współpracować z takimi personami jak Ritchie Blackmore czy Yngwie Malmsteen. Obecnie wokalista udziela się na etacie w zespole z nurtu NWOBHM - Tank. Nagrali wspólnie album "War Machine", którego jeszcze nie miałem okazji słyszeć, gdyż zespół Tank również niespecjalnie bywał obiektem mojego zainteresowania, jako tako kojarząc mi się jedynie z licznymi coverami wykonywanymi przez inne kapele, przeważnie thrash metalowe (Sodom, Destruction).
Jako że twórczość szybkopalcego wymiatacza w ogóle mnie nie interesuje, a Rainbow kończy się dla mnie wraz z ostatnim albumem nagranym ze ś.p. Ronniem Jamesem Dio, tak więc szkocki wokalista umknął mojej uwadze. Podobną sytuację mamy z mieszkającym w Polsce rodakiem White'a - Rayem Wilsonem. Każdy osobnik zainteresowany muzyką rockową wie, że był ostatnim wokalistą Genesis, ale na tym wiedza zwykle się kończy (chyba, że jest się fanatykiem Genesis), ponieważ brzemię wielkich poprzedników okazało się zbyt ciężkie do udźwignięcia. Jednak sam fakt przewinięcia się przez legendarną grupę może stać się niezłą furtką do kariery, choć zawsze w cieniu dokonań poprzedników (w przypadku White'a - R.J. Dio oraz J.L. Turnera), czego oczywiście przemądrzałe pismaki nie omieszkają w odpowiednim momencie wypomnieć. Jedną z ciekawostek jest to, że White zaśpiewał gościnnie na nowym albumie Kruka - hard rockowego zespołu z Dąbrowy Górniczej. Można go usłyszeć w kompozycji "In Reverie".
W niniejszej recenzji przyglądam się pierwszemu solowemu wydawnictwu White'a zatytułowanemu w bardzo przewrotny sposób - "As Yet Untitled". W notce biograficznej przytoczono wypowiedź wokalisty, którą pozwolę sobie przetłumaczyć na język polski. Oddajmy głos Doogiemu Whiteowi: "Zawsze uważałem, że mój pierwszy solowy album powinien tak się nazywać. Dziennikarze "Sounds and Kerrang!" nieustannie pisali, że tacy a tacy nagrywają w studio nowy materiał, jeszcze bez tytułu". Jak widać - geneza tej przewrotnej nazwy jest niezwykle przyziemna, i nie ma powodów doszukiwać się w niej jakichś wymyślnych teorii. W przygotowaniu materiału pomagała Szkotowi pokaźna ilość muzyków, spośród których warto wymienić choćby Pontusa Norgena z Hammerfall, Neila Murraya znanego z Whitesnake czy Dereka Sheriniana - obecnie udzielającego się w rewelacyjnej supergrupie Black Country Communion. Oczywiście lista nazwisk jest o wiele dłuższa, toteż żeby nie zanudzać - nie mam zamiaru jej wypisywać.
Doogie White wraz z mrowiem współpracowników przygotował i zarejestrował na płycie dziesięć kompozycji. Szczerze muszę przyznać, że początek mnie nieco przeraził, a wszystko przez mało ciekawe moim zdaniem dźwięki generowane przez syntezatory. Moją ciekawość wzmagał dodatkowo tytuł pierwszego utworu, z miejsca budzący skojarzenia z uwielbianego przeze mnie etapu twórczości Deep Purple z Davidem Coverdalem i Glennem Hughesem. "Come Taste The Band", bo tak się nazywa opener, po chwili niepokojących syntezatorów zaskakuje dynamiczną gitarą i niezwykle "coverdalowskim" wokalem. Utwór aż za mocno kojarzy się z ostatnimi dokonaniami "Białego Węża", i gdybym nie miał pewności, że to Doogie White, zapewne głowiłbym się, czy to nie czasem jakiś odrzut z "Forevermore". W następnym utworze mamy leciutką zmianę klimatu, otóż zbliżamy się do AC/DC: sekcja rytmiczna buja aż miło, riff gitarowy do bólu w stylu braci Young, a wszystko to trzyma w ryzach zadziorny wokal. Echa AC/DC pobrzmiewają również w ósmym numerze na płycie - "Catz Got Yer Tongue", w którym White śpiewa z manierą mogącą przypominać ś.p. Bona Scotta, co dodatkowo potęguje skandowany refren.
Generalnie płyta utrzymuje się w typowej hard rockowej stylistyce. Słyszymy dość odważne flirty z latami osiemdziesiątymi, jednak zaserwowane w nowocześnie brzmiącej oprawie produkcyjnej. Gitarzyści wycinają na płycie sporo ciężkich, wpadających w ucho riffów ("Lonely", "Dreams Lie Down And Die") oraz całe gremium wirtuozerskich solówek. Utworom nie można odmówić melodyjności, lecz brakuje tej płycie czegoś, co umieściłoby ją w panteonie klasyków gatunku. Wielokrotnie podczas słuchania płyty miewałem odczucie, że "ten motyw słyszałem to tu, to tam, a to coś brzmi podobnie do czegoś, itp". Obawiałem się, że będzie na płycie dużo ballad, co nie zawsze wychodzi na dobre zespołom pokroju Whitesnake, lecz na tym albumie (na szczęście!) jest tylko jedna - "Sea Of Emotion". Nie popełniono w niej najcięższego z hard rockowych grzechów czyli "przelukrowania", ale niestety utwór grzeszy bezpłciowością, jakby gdzieś zdążał, ale nie wiadomo gdzie, i nie pomaga tutaj nawet jakże modny ostatnimi czasy flirt z orientalnymi brzmieniami.
Reasumując, "As Yet Untitled" jest płytą przyzwoitą, bardzo zasiedziałą w ramach gatunkowych, unikającą kontrowersyjnych eksperymentów - po prostu bardzo tradycyjną. Dla fanów hard rocka przełomu lat 80/90 jak znalazł! Choć osobiście dość dawno nie słuchałem tego typu muzyki, i być może zdążyłem się nieco od niej odzwyczaić, to jednak klasyka gatunku wciąż wywołuje we mnie dreszczyk emocji, doprowadzając do narastających palpitacji serca. "As Yet Untitled" tak niestety na mnie nie działa. Może winą należy obarczyć właśnie odtwórczość tego albumu, tudzież brak czegoś charakterystycznego, co w mig zapadłoby w pamięć? Podobnych nut mogę posłuchać na ostatnim albumie Whitesnake, który wywołał we mnie o wiele lepsze wrażenie (nie mówiąc już o "2" Black Country Communion, którą po dziś dzień wynoszę pod niebiosa). Być może przez fanatyków tego typu muzyki pierwszy solowy album Doogiego White'a zostanie należycie doceniony (a autor niniejszej recenzji porządnie zlinczowany), jednak jak dla mnie płyta to kawał tylko niezłego hard rockowego materiału, który zapewne o wiele lepiej obroni się na żywo.
Kamil Pietrzyk


Aktualności


Komentarze