SuperHeavy „SuperHeavy”
27 Października 2011
Data zdarzenia: 19 wrzesień 2011. Sprawcy zajścia: Mick Jagger, Dave Steward. Współsprawcy: Joss Stone, Damian Marley, A.R. Rahman. Pomocnicy: Shiah Coore (gitara basowa) Courtney Diedrick (perkusja), Ann Marie Calhoun (wiolonczela). Zarzut: skłócenie krytyków. Werdykt: Winni!
Jeżeli w tym roku jakiś album muzyczny podzieli krytyków bardziej niż "Velociraptor!" Kasabiana, to z pewnością będzie to właśnie SuperHeavy. Wystarczy spojrzeć na listę kolaborantów, żeby już mieć poważne wątpliwości. Młoda, zapatrzona w Arethę Franklin gwiazdeczka soul, bollywoodzki (a właściwie już hollywoodzki) kompozytor muzyki filmowej, słynny syn jeszcze bardziej sławnego ojca, i dwóch podstarzałych rockmenów, z których szczególnie jeden nie chce się zestarzeć. Jeżeli jednak myślicie, że Mick Jagger zmontował tę całą ekipę tylko po to, by pojechać w trasę z urokliwą Joss Stone to jesteście w dużym błędzie!
SuperHeavy tylko z pozoru wydaje się szaleństwem, bo album łatwo potrafi do siebie przekonać. Już pierwszy utwór na płycie jest jasną deklaracją, że Mick Jagger nie będzie śpiewał tylko rzewnych balladek, a Damian Marley nie ściszy głosu tylko dlatego, że ma obok siebie jednego z najbardziej legendarnych wokalistów w historii rocka. Jeśli chcecie wiedzieć, po co im Joss Stone, posłuchajcie bujającego w rytmie reggae "Miracle Worker". Choć utwór jest zdominowany przez Marleya i Joss, to Jagger wspaniale pomaga im doprowadzić go do perfekcji. Trochę się gdzieniegdzie poprzekomarzają, ale gdy trzeba potrafią połączyć głosy w jednym refrenie ("Energy") a przy okazji Jagger nieoczekiwanie podrabia styl młodego Marleya i uwierzcie, że wychodzi mu to całkiem nieźle! Równie pozytywnie zaskakuje w "Satyameva Jayathe", który zaśpiewał w języku... Urdu.
Mam wrażenie, że płyta zdominowana jest przez Marleya i Rahmana. To oni narzucają style, do których ma dopasować się reszta. Na ogół wychodzi to kapitalnie ("Beautiful People", "I Can't Take It No More"), choć zdarzają się też utwory, których mogłoby w ogóle nie być (np. "One Day Night"). Dużo na tej płycie płycie mieszanki reggae'owo indyjskich rytmów. Z drugiej strony dużo też niemal relaksacyjnych soulowych perełek, w których obok Joss Stone najchętniej udziela się Jagger. Największe brawa należą się jednak młodemu Marleyowi (aż chce się powiedzieć: znowu). Potrafi zaśpiewać wszystko i z każdym. To licytuje się z Jaggerem we wspomnianym wcześniej "Miracle Worker", to pięknie pomaga Joss w "Rock Me Gently", by na końcu zaskoczyć jeszcze niesamowitym wyczuciem w niemal modlitewnym "Mahia" (utwór dostępny w rozszerzonej wersji płyty). Nie sposób go przekrzyczeć, choć wszyscy próbują. Z tego całego chaosu wyłania się w końcu coś, obok czego nie sposób przejść obojętnie - świetna płyta.
Jakkolwiek odnosicie się do takich szalonych projektów, posłuchajcie SuperHeavy. Jestem pewien, że nie jeden który pukał się w czoło, czytając skład zespołu po wysłuchaniu albumu ponownie naciśnie play.
Appendix:
Okładka albumu jak i cała szata graficzna to dzieło Franka Sheparda Faireya, jednego z najbardziej znanych "artystów ulicy". Jego prace stały się znane po tym, jak w 2008 roku wspomógł kampanię prezydenta Obamy słynnym plakatem "Hope".
Tommy


SuperHeavy
Aktualności


Komentarze