Beastie Boys „Licensed To Ill”
13 Grudnia 2011
Rockowy portal, a tu hip-hopowy album? Zawodowi kudłacze, miłośnicy pieszczoch i glanów skrzywią się pewnie już na wstępie. Zupełnie niepotrzebnie, bo pełnowymiarowy debiut płytowy Beastie Boys z 1986 roku to rzecz, która może przypaść do gustu także miłośnikom rockowego łojenia. Warto przekonać się o tym samemu.
Dla zapiekłych sceptyków raperzy z Brooklynu serwują porywające otwarcie w postaci "Rhymin and Stealin". Brzmi znajomo, prawda? Uderzenie perkusji wzięte wprost z "When The Levee Breaks" Zeppelinów, potem gitarowy riff "ukradziony" ze "Sweet Leaf" Black Sabbath, a w środku - jakby tego było mało - krótki cytat z The Clash. Poszukiwanie podobnych tropów w muzyce Beastie Boys sprawia wiele satysfakcji. Od razu słychać, że ekipa rymujących białasów odrobiła lekcje z rockowej klasyki. Sami wszak zaczynali od punku i hardcoru, a gitarowy hałas nie był im nigdy obcy.
Kto lubi nośne riffy i mocno rozrywkowe kawałki znajdzie ich na "Licensed to Ill" sporo. Weźmy chociażby prawdopodobnie największy imprezowy hymn wszechczasów - "Fight For You Right", a na dokładkę kolejny singel, okraszony zabawnym teledyskiem "No Sleep till Brooklyn", z Kerrym Kingiem na wiośle. Zdziwieni? Zupełnie niepotrzebnie. W końcu Beastie Boys byli w tamtym czasie podopiecznymi Ricka Rubina. Pierwszy brodacz wśród producentów i czołowy producent wśród brodaczy tej samej jesieni nawiązał współpracę ze Slayerem przy okazji nagrywania legendarnej "Reign In Blood". I w dużej mierze dzięki Rubinowi właśnie gitarowe uderzenia przewijają się na debiucie Beastie Boys z dużą częstotliwością, także w takich kawałach jak "The New Style", czy "Slow and Low", co wraz z mocnym, perkusyjnym bitem dodaje im mocy.
"Licensed to Ill" to rzecz na sporym luzie, bez egzystencjalnych problemów i wielkiej filozofii w tle. To album, który z założenia miał służyć zabawie i spełnił pokładane w nim nadzieje. Bo czy nieco infantylne, ale jakże nośne "Brass Monkey", czy "Girls" nie poruszą największego ponuraka? A jeśli nawet w przypadku tego drugiego kawałka swoje niezadowolenie zamanifestują feministki, to w końcu jakieś straty muszą być. Panowie Mike D (Michael Diamond), MCA (Adam Yauch) i Ad Rock (Adam Horovitz) robią wiele, by zafundować nam porządną balangę, nie biorą jeńców i z pewnością zdrowsza to alternatywa, niż garść prozacu. Trochę rymowanych przechwałek i żartów, podanych wraz z mocno bujającymi podkładami, jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Płyta "Licensed to Ill" powstała we wciąż pionierskich dla hip-hopu czasach. W temacie samplingu i rymowania było do odkrycia jeszcze wiele lądów. A że często łączyło się to - jak i w przypadku kolegów z Run - DMC - z wycieczkami na rockowe włości, tym lepiej.
Paweł Lach


Aktualności


Komentarze