Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


Leash Eye „V.I.D.I.”

27 Lutego 2012

Jeżeli uwielbiasz zapach palonego asfaltu i dźwięk benzyny nalewanej do baku motoru, a podczas suszenia włosów wyobrażasz sobie, że jedziesz po rozgrzanej autostradzie (z pewnością nie polskiej A4) jeszcze pachnącym farbą cadillackiem, nie musisz kupować samochodu! Wystarczy Ci płyta "V.I.D.I" panów, bo przecież nie chłopców, z Leash Eye. Tańsza i bardziej niezawodna. Byłam przekonana, że nie ma już miejsca na taką muzykę wyciągającą ręce po stare rockowe szarpania schyłku lat 70-tych. Mogłabym sobie dać rękę uciąć, że w kategoriach męskiego testosteronowego rocka, nie ma miejsca na nową broń w tym sporym i zapchanym magazynie arsenału wielkich kalibrów. Dzięki Leash powinnam pisać ten artykuł już tylko jedną dłonią.

Na płycie nie ma żadnej rozgrzewki czy przedsionka, nie czas na zbrojenia, strojenia, od razu: pal! Panowie od pierwszych sekund zaprzeczają teorii, że wszystko już było. Zupełny odwyk od infalntylnych albumów ludzi, którzy nie wiedzą, do czego służy sala nagraniowa, i z której strony trzeba śpiewać do mikrofonu. Mamy tu do czynienia z poziomem hard uzewnętrznienia trzewi, które wydają się być tutaj monstrualnych rozmiarów. Nie jest to też darcie mordy na cztery akordy, bez wyobraźni. Widzimy tu świadomych swojego potencjału scenicznych samców alfa, których rozmiar talentu jest proporcjonalny do rozmiarów ciała (a dla łatwiejszej imaginacji dodam, że panowie nie chodzą na tę samą siłownię co Justin Bieber i nie są na diecie Zaca Efrona).

Leash Eye bardzo głośno zadebiutowali, głośno nie z powodu wyłącznie wielu wydzielanych decybelii. Istnieją mniej lub bardziej w świecie muzycznym od 1996 r., ale dopiero w roku 2009 zespół wydał album "V.E.N.I", który zebrał wiele pozytywnych recenzji. Wtedy to panowie wsiedli do wehikułu czasu oraz wrzucili do niego wszystkich słuchaczy. Ich solidna dawka rocka w nieskażonym nadmiarem instrumentów, porządne, męskie brzmienia, testosteron wychodzący każdym porem, sprawiają, że znajdujemy tu echa zespołów takich jak Black Sabath. "V.I.D.I" dość jednoznacznie, ale bez choćby namiastki plagiatu, inspiruje się starą szkołą muzyczną, balansując na granicy rocka i heavy metalu, aplikując nam porządną dawkę antidotum na nieprzekonujące rockowe próby, którym brakuje pazura. Tutaj słuchacz zostaje wręcz podrapany do krwi.

Warto zwrócić uwagę na warstwę tekstową, która idealnie uzupełnia muzyczną wycieczkę zakurzonym wozem. Całość śpiewana w języku angielskim, przesiąknięta jest beztroską, swoistym luzem i porządnym humorem. SEBB wokalnie jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, z tarką zamiast gardła. Czy on nie szuka jeszcze dawcy krtani? Udanym zabiegiem jest zaangażowanie na płytę Piotra Cugowskiego z zespołu Bracia, który brawurowo wykonuje kawałek "Trucker song".

Muzycznie mamy tu do czynienia z szarpaniem wszelkiej maści. Muzycy popisują się, w najlepszym tego słowa znaczeniu, wieloma umiejętnościami, jednocześnie wtrącając: My nic nie musimy, my po prostu chcemy. Imponujące robótki ręczne na gitarze w "The Warmth", "The Road", czy "Her Rose's Favour" są prawdziwą lekcją pokazową kunsztu instrumentalnego i doprowadzają do dywagacji nad ilością palców u członków zespołu, nieocenionych wirtuozów Opatha, Mareckiego i Konara, którzy swoimi instrumentami wręcz dotykają. Całą grubą powieść dwutomową można napisać o bogactwie riffów, nie mówiąc o indywidualnych smaczkach.

Zgrabnie to wszystko zostaje połączone i podoklejane do siebie, tworząc hard rockowy kolektyw facetów, którzy wiedzą, gdzie są i co robią. Płyta trzyma tempo i nieustannie przekracza dozwoloną prędkość. Aż chciałoby się zapytać: "kiedy oni łapia oddech?". Wiadomo, panowie rewolucji muzycznej nie dokonali przynajmniej na razie i świata płytą swoją nie zmienili, ale zrobili kawał dobrej, soczystej, idealnie wysmażonej i doprawionej muzyki. Nie zostaje nic innego jak wierzyć, że nie utracę słuchu do dobrze zapowiadającego się "V.I.C.I", ponieważ panowie mają tendencję zwyżkową. Ciężkie, ale nie ciężkostrawne. Brawo!

Bernadetta Trusewicz

Ocena recenzenta:
  • Ocena 4/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 5/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
5/5 (1)
dodajdo

Komentarze

immago

01:21, 29-02-2012 | zgłoś

A co z całym prawie dwumetrowym klawiszowcem-hammondzistą Voltanem ? ;)

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
2.11.2011

Wydawca:
Metal Mind Records

Lista utworów:

Deathproof (Charger vs Challenger)
One Time, Two Times
Headin' For Disaster
Open Up, Chris
Her Rose's Flavour
Trucker Song
The Road
The Streets Of Will
The Warmth
F.H.T.W.

Informacje o wykonawcy

Leash Eye

Inne recenzje płyt wykonawcy

Leash Eye - Hard Truckin' Rock
Leash Eye „Hard Truckin' Rock&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Paweł Lach
Copyright © Rock Magazyn 2001-2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.