Zaloguj się. Nie masz jeszcze konta? Rejestracja »


The Strokes „Comedown Machine”

2 Kwietnia 2013

Zaskakują The Strokes nową płytą. Najpierw trzeba się z nią oswoić, powoli przekonać, bo niektóre kawałki brzmią dość osobliwie jak na ten zespół - zwłaszcza po pierwszym przesłuchaniu. I jeśli uznać ciągoty do muzycznych poszukiwań oraz sprawdzanie się w nowych (choć nie nowatorskich) konwencjach za zaletę samą w sobie, to jest dobrze. Ale czy to wystarcza? "Comedown Machine" wymyka się chyba jednoznacznym ocenom - w tym siła i słabość tego albumu zarazem. Słucham po raz enty i wciąż nie wiem, czy mam do czynienia z rzeczą świetną, czy słabą.

Słynęli od początku z odkurzania retro brzmień. I jest tak dalej, chociaż zgrzytliwe odniesienia do rocka z połowy lat 70. zostały zastąpione raczej przez śmielsze ciągoty do funkowo- dyskotekowych klimatów, wciąż jednak brzmiących szalenie analogowo. Jeśli ktoś pokochał ich za klimat ciasnego nowojorskiego klubu pamiętającego występy Patti Smith i New York Dolls i oczekuje przede wszystkim brudnego rock'n'rolla, to może się zawieść. Bywa tu co prawda wciąż zgrzytliwie, garażowo, niedbale, prostacko (w dobrym znaczeniu tego słowa), ale już nie tak często. Mimo to "All the Time" brzmi naprawdę przebojowo, w stylu za jaki lubimy Stroksów. Jest cudownie zadziorny "50/50", z mocnym nowofalowym riffem, z zadziornym jak zwykle wokalem i punkowym refrenem - mogłoby się to znaleźć na kultowym debiucie, który rozpętał modę na podobne kapele i przyniósł The Strokes pozycję jednego z najbardziej wpływowych zespołów nowego wieku (inna sprawa, czy zasłużenie). Jest jeszcze "Partners in Crime", który hałaśliwym riffem przenosi nas na nowo w czasy świetności CBGB's, by potem zaskoczyć popowym, skocznym refrenem z wesołej prywatki niegdysiejszych amerykańskich licealistów, i to raczej tych bardziej ułożonych, wolących szklaneczkę ponczu przy dźwiękach The Mamas & The Papas aniżeli szaleńczy narkotyczny odlot z gitarą Hendrixa w tle.

A poza tym płyta brzmi tak, jakby ktoś wysłał nowofalowy zespół do dyskoteki z końca lat 70., gdzie taneczne bity, prymitywne samplery spod znaku Kraftwerk mieszają się z gitarowym, rytmicznym graniem w stylu Blondie. Fajne to nawet, choć już inni tego próbowali - i wtedy, i teraz. Czasem zespół brzmi niemal pastiszowo, jak w kabaretowym, sennym "Call It Fame, Call It Karma", czy też w "One Way Trigger", w którym ma się wrażenie, jakby wczesne Depeche Mode bawiąc się 8-bitową konsolą i przesterowaną gitarą próbowało stworzyć hit na potańcówkę, czemu raczej przeszkadzają niż pomagają dramatyczne zaśpiewy Juliana Casablancasa. O ile niemrawa z założenia, dobiegająca jakby zza ściany, na wskroś nonszalancka maniera wokalna frontmana The Strokes sprawdzała się na tle jazgotliwych, staromodnych gitar, które napędzały dynamikę na poprzednich płytach, o tyle nieco usypia w nowej konwencji (po co tu tyle falsetów, popiskiwań, słodzeń, sennych mruczand?).

Dla jednych pobrzmiewające retro dyskoteką "Chances", czy "80's Comedown Machine" będą po prostu hipnotyczne i odlotowe, inni stwierdzą, że można przy nich uciąć sobie skutecznie drzemkę. Zawsze pozostają nieco żwawsze, opierające się na funkowych rytmach "Happy Ending", "Slow Animals", czy "Welcome To The Japan" zwłaszcza. Przebojowe to, choć z mniejszą dawką żaru, niż kiedyś, ale takie było założenie i chyba udało się je wypełnić.

Płyta mimo wszystko intryguje i skłania do ponownych przesłuchań. Nie rozpala jednak zmysłów. Mało tutaj ognia (nieważne, czy gitarowego, czy nie), który powinien energetyzować słuchaczy w wypadku zespołu, który - przynajmniej jak chcieli krytycy - jest z jedną z najlepszych kapel rockowych na tej planecie. Może podobne etykietki były zbyt wczesne i krzywdzące na początku, a teraz wymagamy za wiele? Płycie trzeba poświęcić trochę czasu - po początkowym zaciekawieniu nowymi jak na The Strokes rozwiązaniami, przychodzi refleksja, że przecież nie ma na "Comedown Machine" nic naprawdę porywającego, a całość jest mało ciekawa. I można by było zamknąć dyskusję tym stwierdzeniem, gdyby nie to, że po kolejnych przesłuchaniach całość znowu zyskuje.

Na pewno będzie się o tym albumie mówić. Nie zaliczy się być może "Comedown Machine" do grona najlepszych płyt 2013 roku, ale z pewnością do tych wywołujących najwięcej dyskusji. I chyba opinie będą skrajne. Być może po latach jedni stwierdzą, że płyta jest najlepszą w dyskografii Nowojorczyków, a drudzy, że nie warto po nią sięgać. I co ciekawe - obie opinie będą miały prawo koegzystować obok siebie. Paradoks? Sami posłuchajcie i spróbujcie powiedzieć, czy nowy album The Strokes jest na 5, czy na 2. Może właśnie tak miało być? Niejednoznacznie? Trochę prowokująco? Jeśli tak, to udało się.

Paweł Lach

Ocena recenzenta:
  • Ocena 3/5
Twoja ocena płyty:
    
  • Ocena 4/5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
4/5 (1)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarzAby dodać komentarz musisz być zalogowany

Informacje o płycie

Data wydania:
26.3.2013

Wydawca:
RCA / Sony Music

Lista utworów:

1. Tap Out
2. All the Time
3. One Way Trigger
4. Welcome to Japan
5. 80s Comedown Machine
6. 50/50
7. Slow Animals
8. Partners in Crime
9. Chances
10. Happy Ending
11. Call It Fate, Call It Karma

Informacje o wykonawcy

The Strokes

Inne recenzje płyt wykonawcy

The Strokes - Angels
The Strokes „Angels&rdquo
Ocena: 3.53.53.53.53.5 (3.5)
Autor: Tommy
The Strokes - Is This It
The Strokes „Is This It&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Marcin "Turner" Bieniek
The Strokes - Is This It
The Strokes „Is This It&rdquo
Ocena: 44444 (4)
Autor: Andrzej ''Szczepek'' Szczepkowski
Copyright © Rock Magazyn 2001-2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.